18:54 23 Lut '08

U2-3D - Głębia totalna.

"May I have Your attention please!" Ogłosił wojskowym tonem pracownik kina. "Czy wszyscy mają specjalne okulary? Życzę świetnej zabawy".

Tak zaczął się, dla nas Europejczyków, pierwszy od sierpnia 2005 koncert Vertigo Tour. Tak jest, Vertigo Tour powraca do Europy za sprawą filmu U23D, pierwszego filmu koncertowego nakręconego w technice 3D, w trakcie południowo amerykańskich koncertów U2 w 2006 roku.
To co dzieje się w 87 minutach filmu można porównać tylko do wrażeń jakie wynosi się z prawdziwego koncert U2, brakuje tylko klasycznego intro z taśmy "Wake Up" Arcade Fire.
"Everyone" ciut inne niż to znane z Chicago, obrazy skaczą, ktoś biegnie, barierki, płyta... tak, dokładnie tak wyglądają pierwsze minuty fana na stadionie. Bieg pod scenę po najlepszą miejscówkę. My siedzimy wygodnie w fotelach, każdy będzie miał zespół dla siebie, na wyciągnięcie ręki. Nagle z trzaskiem widzimy opadający fragment srebrnego ekranu, naszym oczom ukazuje się niesamowity widok jak zza kulis.... na pierwszym planie scena, wybiegi i bezkres stadionu wypełnionego po brzegi ludźmi... głębia, głębia totalna. Szczęki mamy gdzieś między kolanami a podłogą.
Uno, dos, tres... rozpoczyna się szaleństwo. Niesamowite zbliżenia muzyków, niesamowita przestrzeń sceny - statywy, odsłuchy, podesty, no i to co robi największe wrażenie - perkusja, a za nią schowany Larry Mullen. Całość dynamicznie zmontowana, ale nie ma mowy o drażniącym oczopląsie jaki serwuje nam w Chicago Hamish Hamilton, mamy co najwyżej miękkie nakładki i przejścia, obraz cały czas ostry jakby to było Super High Definition.
Tak trudno wysiedzieć w miejscu, przecież to kino, ale chce się wyrwać, skakać, śpiewać i to bez porównania bardziej niż na powszednich już kinowych pokazach 2D. Na koniec Vertigo trudno powstrzymać się od należnych zespołowi i producentom braw.
Beautiful Day kończy się pięknym zaimprowizowanym wydłużonym motywem, sama gitara i Bono, który już jest w pełni swego żywiołu na wybiegach. Przy New Year's Day nasze serca biją jak zwykle szybciej, ile tutaj widać detali, pianino Edge'a, Bono przytulający Adama... no i ten potężny bass ochoczo "wiosłujący" w jego dłoniach. Gorący południowi fani szaleją. Po tym mocnym wstępie trochę spokoju wprowadza Sometimes You Can't Make It On Your Own. Kapitalne ujęcia skupionego Edge'a zmieszane z ekranowym obrazem Bono. Kulminacja to oczywiście tenorowy zaśpiew, jak zwykle pełen emocji. Bono niemal udaje się złapać "Boba" spacerującego po ekranie. W krótkiej przerwie między utworami niemal czuć lekko rozwiewający dymy na stadionie wiatr, realizm jest niesamowity. Demoniczny wstęp do Love And Peace or Else zapowiada kolejną dawkę adrenaliny. Końcówka utworu to porażające solo Edge'a i przede wszystkim Bono zakładający opaskę CoeXisT - wyjętą gdzieś z drugiego rzędu przed nami...
Sunday Bloody Sunday jak zwykle pełne wigoru, charakterystyczne bujanie Edge jeszcze nigdy nie było tak realistyczne - kolejna porcja genialnych zbliżeń na głównej scenie i ... porażający Bullet The Blue Sky. Przyznam szczerze, uwielbiam ten utwór na żywo, ale jego ostatnia "bluesowa" karnacja nie do końca mnie przekonywała. Jednak to co słychać w 3D zmiata czapki z głów. Strach pomyśleć co byłoby gdyby tak zrealizowano wersje z czasów ZooTV. Proszę tylko zwrócić uwagę na moment zwolnienia tempa, gdy nagle tylko Larry wybija charakterystyczny rytm... jakby strzelano do nas z armaty.
Dźwięk to ponad połowa sukcesu tej produkcji, niezwykle selektywny, detaliczny, a zarazem potężny, śmiem powiedzieć lepszy niż na koncercie, gdzie zwłaszcza dalej od sceny nie zawsze słychać idealnie. Może wydadzą oficjalnie soundtrack... proszę dam się naciągnąć!
Potem ruszamy w podróż do Sarajewa, po latach odważyli się regularnie grać ten piękny utwór. Fenomenalne zbliżenia fortepianu Edge'a, Bono cały czas daleko w przodzie na wybiegu... ta przestrzeń, ten operowy wokal. Wstawka z Deklaracją Praw Człowieka była nieunikniona, ale trochę nudzi.
Ale za to dostajemy - Pride! Uderzenie gitary jest potężne, a całość robi naprawdę dobre wrażenie, aranżacja dużo szybsza niż to ostatnio mają w zwyczaju. Południowcy szaleją ale prawdziwa eksplozja to Streets. Ten utwór na koncercie to czysta energia, proszę tylko zwrócić uwagę na to co dzieje się na płycie stadionu - gigantyczny puls skaczących ciał. My mamy ten komfort że nikt nie pcha od tyłu, ale gorąco jest... z wrażenia! Co chwile słychać jak dziewczęta piszczą - Bonoo!!!
Początek One to cudowny spektakl głębi światełek, komórki niemal wyparły już zapalniczki, mamy nawet zbliżenie wyświetlacza z pulsującym sercem na wygaszaczu. W drugiej połowie koncertu (tj. filmu... ale to słowo jakoś nie pasuje) jakby ciut mniej ewidentnych ujęć 3D ale odbiór nadal fantastyczny. Widać małe zmiany w scenografii od Chorzowa, lampki wzdłuż wybiegów, powrót bizonów na ekran, flagi państw Ameryki Południowej etc.
Po spokojnym One przychodzi absolutna perła tego filmu - The Fly. Nietypowo, nie wycięli nawet problemów technicznych z początku. Edge gra riff, ale reszta nie rusza, muzycy coś do siebie wołają, słychać że to nie do mikrofonu. "Where Is The Fly?". Po tym jakby zaimprowizowanym falstarcie - grają jakby chcieli zmieść nas z powierzchni ziemi, wrażenie potęgują opadające litery, przed Edgem, za Larrym, Między Bono a Adamem... pełne 3D.... litery stają się zdaniami... muzyka huraganem. Genialne ujęcia zza perkusji na zespół skupiony w kręgu.
Na koniec mamy jeszcze klasyczne With Or Without You, z fantastycznym udziałem publiczności, mały niedosyt pozostawia dość skrócona końcówka, po chóralnym "ooooo" panowie zwijają manatki, a tu chciałoby się jeszcze. Zupełnie jak na żywo... może o to chodziło!
W kinie zapalają się światła, a my słyszymy Yahweh, zespół tylko w dalekim planie, ale dominuje animacja, znana z Chorzowa. Tu w 3D pozwalająca nam zapuścić się w wirtualne miasto. Szkoda że większość ludzi zaczyna już wychodzić, że na całość nałożone są już napisy końcowe... choć "3D-style" są one wyraźnie z przodu.
Sala pustoszeje, niczym stadion po koncercie, publiczność w większości oszołomiona. Można mieć za złe, że nie ma tu - City Of Blinding Lights, że nie ma idealnej do prezentacji w 3D sceny Bono rozlewającego wodę z butelki, że to raptem 87 minut, można ale po co, Jeśli ogólne wrażenie jest piorunujące. A po intensywnym dniu w Dublinie, nawet nogi przy wyjściu z kina słabo niosą, zupełnie jakby spędziły cały dzień na prawdziwym stadionie.
Ten film to przełom, nowa jakość, przy której DVD, czy nawet HD/blueray to zabawka przedszkolaka.
Jeśli komuś nie dane było zobaczyć jeszcze U2 na żywo, będzie wniebowzięty.
Jeśli ktoś nie może doczekać się kolejnego razu, nie ma lepszego substytutu.
Ja już nie mogę się doczekać polskiej premiery. Miejmy nadzieję, że kina przygotują karnety miesięczne ;) Bo ja chcę jeszcze, i jeszcze i jeszcze.... czego i Wam życzę.

ZBYCH

Wielkie podziękowania dla Wojtka, Kasi, Bartka i Dominiki.

U2 3D:
01. Vertigo
02. Beaufitul Day
03. New Year's Day
04. Sometimes You Can't Make It On Your Own
05. Love And Peace Or Else
06. Sunday Bloody Sunday
07. Bullet The Blue Sky
08. Miss Sarajevo
09. Pride
10. Where The Streets Have No Name
11. One
12. The Fly
13. With Or Without You
14. Yahweh

  • jedrzej (źródło: Zbych, Zbych)

Dodaj komentarz Wymaga loginu/hasła u2forums.com. Nie masz konta? Zarejestruj się.

Komentarze (0) Strona 1

    Newsletter

    Dodaj Usuń 

    Artykuły

    więcej

    Najczęściej komentowane

    Sztuka jest próbą odnalezienia własnej tożsamości. Naszą zemstą w stosunku do Anglii za skolonizowanie nas nie tylko pod względem geografii, ale także świadomości, było znieważenie ich języka i ponowne jego wymyślenie. W powodzi innych, obc - Bono