22:19 8 Cze '06

U2 - Pop (cz.2)

Druga część świetnego wywiadu, jakiego czasopismu "Miks" udzielili w 1997 roku The Edge oraz Bono.

INTERMISSION: LIVE / MULTIMEDIA

Miks: Sądzę, że sukces „Zooropoa” miał wiele wspólnego z multimedialnym spektaklem na żywo „Zoo TV”…

Bono: Byliśmy bardzo zaskoczeni, że album „Zooropa” odniósł taki sukces. Wprawdzie dokładnie nie pamiętam, ale myślę, że sprzedaliśmy około siedem milionów płyt. I to w dodatku był eksperymentalny album, nagrywany w kompletnym chaosie. Zabawne jest to, że płyta została tak dobrze oceniona przez krytyków. Przez wielu fanów jest uwielbiana. Powodem tego było z pewnością to, że wystąpiliśmy z tym albumem na koncertach.
Gdybyśmy tego nie zrobili, „Zooropa” nie odniosłaby takiego sukcesu. Jest bowiem na niej dużo przemyśleń, uczuć, trochę filozofii, a zarazem dużo potknięć i niepewności. Gdybym miał tę płyte skrytykować, to za to, że za bardzo obciąża głowę.

MIKS: Ostatniej jesieni pojawiły się różne doniesienia o tym, że U2 pertraktuje z Waltem Disneyem, w związku ze sponsoringiem kolejnej trasy koncertowej…

The Edge: Nie mam pojęcia skąd się wzięły takie informacje! Nigdy nie rozmawialiśmy z ludźmi Disney’a. Oczywiście, nasz manager otrzymywał telefony od różnych firm. Jednak do tej pory z nikim jeszcze nie rozmawialiśmy.

MIKS: Czy dzisiaj tego rodzaju wystawna i kosztowna trasa koncertowa może odbyć się bez sponsoringu?

BONO: Cóż, pomysł, żeby Mickey Mouse sponsorowała trasę koncertową U2. jest na swój sposób liryczny (śmiech). To jest śmieszne. Zresztą nieważne. Jeśli ludzie przychodzą, aby cię zobaczyć, to musi to być coś specjalnego. W przypadku „Zoo TV”, w ciągu jednego dnia, wydaliśmy na show i wszystkie związane z tym rzeczy, 250.000 dolarów. To jest bardzo dużo! Bycie tak nierozsądnym było nawet zabawne, jednak tym razem nasz manager uważał, że powinniśmy być trochę ostrożniejsi i należy pomyśleć o sponsoringu. W przeszłości współpracowaliśmy z Polygramem i MTV. Kodak pomógł nam przy „Rattle&Hum”. Najważniejsze jest jednak to, abyśmy nie musieli kurczowo kogoś się trzymać. Zresztą nigdy tego nie robiliśmy.

MIKS: Czy po dużych koncertach, organizowanych w przestrzennych halach i na stadionach, nie kusi was, aby znowu kiedyś zagrać w małych klubach?

The Edge: Nie, ponieważ widzimy w tym, co jest nam dane, wiele możliwości, a zarazem jest to dla nas duże wyzwanie. Koncerty na stadionach tylko wtedy są nudne, gdy to co jest prezentowane, jest mało interesujące. Rzeczywiste wyzwanie polega na nagrywaniu na tak dużych imprezach. Aby pobudzić do życia te potężne hale, czy stadiony należy zaoferować publiczności coś, co nie tylko jest spektakularne, lecz również to, co połączy nas z widownią. Nie boimy się występów na stadionach! Jesteśmy przecież szczerzy. Jeżeli my tego nie zrobimy, to kto?

MIKS: Czy macie już jakiś pomysł na to, pod jakim hasłem będzie odbywać się wasza kolejna trasa koncertowa?

The Edge: Wkrótce sam się przekonasz. Dzisiaj mogę ci tylko powiedzieć, że zapoczątkujemy inny kierunek. Będziemy współpracować tylko z jednym promotorem, a nie, tak jak dawniej z różnymi firmami, w różnych krajach. Nie mam jeszcze skonkretyzowanych planów, co do przyszłości występów. Ale jeden z pomysłów, nad którym pracujemy to wizualna metafora supermarketu. Oczywiście, nie będziemy używać takich rekwizytów jak owoce czy warzywa! (śmiech)

MIKS: Oprócz tego nadal rozwijacie koncepcję „ZOO TV”. Na wiosnę tego roku, w ramach współpracy z firmą Palomar Picture, zostaniecie wysłani do USA na emisję programu „ZOO TV”.

BONO: Tak, „ZOO TV” zrobiła karierę. Chcieliśmy nawet założyć własną telewizję. Doszliśmy do wniosku, że taki pomysł na granie mógłby być zabawny. Zrobiliśmy kilka pilotażowych audycji, które zostały wyemitowane na początku tego roku przez MTV w USA. Pracowaliśmy z wieloma wspaniałymi ludźmi. Współpracowało z nami wielu artystów! Oglądanie „ZOO TV” było fantastycznym przeżyciem.

MIKS: O ile mi wiadomo, do dla „ZOO TV” zostały opracowane całe kompleksowe części programu, takie jak na przykład aktualne wiadomości, zdrowie i alternatywna kultura. Jak to będzie wyglądało w rzeczywistości?

The Edge: Chcemy robić program, trzymający trochę w napięciu. Ma on być inteligentny i mniej skoncentrowany na formie. Najczęstszą filozofią nadawców jest znalezienie jakiegoś wielkiego, wspólnego mianownika dla publiczności. Nic więc dziwnego, że często emitowane są programy, które u nikogo nie wzbudzają emocji. Kiedy „ZOO TV” porusza jakiś temat, który denerwuje i złości wielu widzów, a jest niezwykle interesujący dla niewielkiej grupy, to uważam, ze jest to lepsze od nudy, jaką oferują inne programy wszystkim odbiorcom. Jednak tak naprawdę, to szczerze mówiąc stoimy na samym początku drogi.

MIKS: Aby uzupełnić waszą multimedialną prezentację, planujecie jeszcze audio-wizualną, interakcyjną CD z grą komputerową Gigant Sega…

The Edge: Ten projekt został wstrzymany. Wiele ludzi, którzy chcieli pomóc nam finansowo, musiało pożegnać się z biznesem. Tutaj chciałbym jednak zaznaczyć, że projekt nie upadł jeszcze całkowicie, lecz na jakiś czas został odłożony. Uważam za emocjonujące pojawienie się takiego medium jak CD-ROM. Ludzie dostrzegli, że można łączyć ze sobą komputer, muzykę i video. Realizacja tej ambitnej wizji trzymała nas w napięciu. Niestety, z tego, co widzę, obecnie na rynku istnieją produkty ze zła muzyką, złym video i złym interakcyjnym potencjałem. Właściwie nie powstało żadne rzeczywiste i prawdziwe medium. Nieważne, czy nasz projekt się powiedzie, tego nie mogę stwierdzić z całą pewnością. W każdym razie planowanie sprawia przyjemność, a poza tym cały ten świat multimedialny, do dzisiaj nie robi na nas większego wrażenia.

THE EDGE: POCZĄTKI

MIKS: Wasz soundman – Joe Herily powiedział kiedyś „The Edge nie jest wirtuozem – on jest magiem. W jego rękach gitara staje się innym instrumentem”. Uważam ten cytat za trafną analizę…

The Edge: Co ja mogę na ten temat powiedzieć? Kiedy pracuję nad każdym poszczególnym utworem, próbuję na wszystkie możliwe sposoby wykorzystać gitarę jako instrument pokazowy. W pierwszym rzędzie chcę coś zagrać, co poprzedzi utwór. Niekiedy jest to coś bardzo prostego, elementarnego. Jeśli jednak wspomaga to utwór, to jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy. Zawsze wystrzegam się tego, aby nie brzmieć tak, jak ktoś inny, nawet jak ja sam (śmiech). Jeśli chodzi o mnie, największe wyzwanie tkwi w tym, aby za każdym razem tworzyć nowe niepowtarzalne brzmienie. Nigdy nie byłem zainteresowany tym, aby na siłę wciągano mnie na listę wirtuozów. To powinni robić inni. Mam nadzieję, że nie zabrzmi to zarozumiale, ale mnie to po prostu nie interesuje. Wolę eksperymentować i próbuję nadawać każdemu utworowi niepowtarzalne brzmienie.

MIKS: Joe Satriani powiedział mi kiedyś w rozmowie, że uważa twój styl za fascynujący. On traktuje cię jako niezwykle ważnego nowatora w muzyce. Czy taka opinia wirtuoza coś dla ciebie znaczy?

The Edge: To wspaniałe uczucie słyszeć coś takiego! Pocieszam często samego siebie, ze być może wielu innych gitarzystów odejdzie od sztywnych form. Jeżeli pójdą oni za tą myślą, to może osiągną pułap, dzięki któremu się uwolnią i pójdą w całkiem innym kierunku. Byłoby to dla mnie bardzo przyjemne uczucie, gdyby inni gitarzyści kopiowali moje brzmienie i naśladowali mój sposób gry. Z drugiej strony uważam, że jeśli będą to robić, to tak czy inaczej, przypuszczalnie nie uda im się osiągnąć takiego samego brzmienia (śmiech). Ale potraktowałbym to jako duży komplement.

MIKS: O początkach twojej kariery prawie nic nie zostało napisane. Znalazłem jedynie informację, że brałeś lekcje flamenco…

The Edge: W tym czasie uważałem, że to interesujący pomysł, wziąć kilka lekcji flamenco. Mój nauczyciel był Irlandczykiem i niezbyt wiele miał wspólnego z tym rodzajem muzyki. Był jednak bardzo dobrym „klasycznym” gitarzystą. Chętniej wziąłbym jakiegoś hiszpańskiego nauczyciela, ale mój poziom techniczny w tym czasie był tak mierny, że nie robiło to prawie żadnej różnicy (śmiech). Sądzę, że i tak otrzymałem kilka wartościowych wskazówek. Nigdy nie pomyślałbym, że te doświadczenia w jakiś sposób wpłyną na moja grę na gitarze w zespole U2. W końcu doprowadziło mnie to do tego, że zacząłem rozmyślać o nowym sposobie gry. To było dawno temu…

MIKS: Pamiętasz jeszcze swoją pierwszą gażę?

The Edge: Jeśli mam być szczery, moją pierwszą gażę otrzymałem jeszcze przed występami z U2, kiedy pracowałem w zespole „Country & Western Band!” Nie żałuję! Mój brat Dick i ja założyliśmy zespół. Kupiłem gitarę od pewnego typa, którego zespół nazywał się „The Drifting Cowboys”. Pewnego razu w sobotę przyszedł do mnie dosyć zdenerwowany, ponieważ zorganizował trzy występy, podczas, gdy reszta jego zespołu była na urlopie. Zapytał mnie, czy nie miałbym czasu wieczorem i czy mógłbym przyprowadzić naszego perkusistę Larrego (Mullen). Tak więc Larry i ja staliśmy każdego wieczora na scenie i mocno dziwiliśmy się, co do diabła ten facet tutaj gra. On szeptał tylko: „To tutaj, zagraj w F”, a ja wykonywałem polecenie. Na szczęście akordy muzyki country nie są trudne. Ale to i tak było piekło! Byłem napięty jak struna, ażeby się nie pomylić. Na koniec Larry i ja otrzymaliśmy po pięć funtów na głowę. I pomyśleliśmy: „Yeah, That`s rock`n roll” (śmiech). Następnego dnia Larry o mały włos nie zasnął na środku sceny podczas wykonywania foxtrotta, hahaha!

MIKS: Powróćmy jednak do teraźniejszości. Czy twojego „gitarowego” współpracownika Dallasa Schoo nie męczą czasami myśli samobójcze wobec twoich wizji brzmienia i naprawdę skomplikowanych ustawień brzmieniowych, nagromadzonych w samym tylko jednym utworze?

The Edge: Cóż, Dallas współpracował ze mną podczas prawie wszystkich tras koncertowych naszego zespołu i będzie to robił znowu przy następnej. Rzeczywiście, moje oczekiwania są bardzo duże. Często w jednym utworze stosuję różne zmiany efektów. Naturalnie musi to być solidnie przygotowane. W ciągu minionych lat współpracowałem z wieloma wspaniałymi fachowcami, na przykład z Bobem Bradshaw. Rozwinął on kilka naprawdę pomocnych systemów przyłączeniowych, a w ten sposób rozwiązał wiele problemów związanych z grą na gitarze. Jako gitarzysta muszę zawsze bardzo konkretnie formułować swoje wyobrażenia i oczekiwania. Dallas jest doskonały, jeżeli chodzi o staranne definiowanie i przedstawianie propozycji rozwiązań. On jest fantastycznym technikiem. Nie wyobrażam sobie, jak mógłbym bez niego ruszyć w trasę.

MIKS: Mnie z kolei trudne wyobrazić sobie pracę w charakterze technika. Jest taka anegdota o tym jak Steve Iredale zaczynał pracować u ciebie i nikt nie powiedział mu, że ty i Adam stroicie swoje instrumenty „live”, o pół tonu niżej…

The Edge: (śmiech) Było jeszcze gorzej! Graliśmy wtedy przed 20-tysięczną publicznością w Dublinie, przed Boomtown Rats. Korzystaliśmy w tym czasie z pierwszych elektronicznych sprzętów do strojenia, myślę, że firmy Korg. Były one bardzo czułe na działanie z zewnątrz. Steve stroił moją gitarę według tego sprzętu, całkowicie zdając się na niego i nie sprawdził, jak brzmi ona ze słuchu. Podał mi gitarę na scenę, a potem to, co się wydarzyło było niesamowite. Zagrałem pierwszy power-chord i każdy, dosłownie każdy z publiczności, dostał gęsiej skórki (śmiech). W każdym razie nie zagrałem tego, czego by wszyscy oczekiwali. Z drugiej strony akord, który wykonałem zabrzmiał jakoś tak niepowtarzalnie, na swój sposób pięknie. Do dzisiaj nie mam pojęcia, jak ta gitara była nastrojona! Później intensywnie jeszcze raz próbowaliśmy powtórzyć ten „tubing”. Nigdy go jednak nie odszukaliśmy (śmiech). Do dzisiaj poszukujemy tego magicznego akordu.

MIKS: Jesteś gitarzystą, który jest znany z tego, że definiuje swój styl poprzez brzmienie. Jakie znaczenie miała dla ciebie gra na „Rattle And Hum” z B.B Kingiem, który uważany jes za filar puryzmu?

The Edge: Kiedy występowałem z B.B na koncercie lub pracowałem nad piosenką „When Love Comes To Town”, czułem się bardzo uprzywilejowany, ponieważ z bardzo bliska mogłem się przyglądać temu , co i w jaki sposób on gra. Zostałem absolutnym fanem jego stylu. Byłem poruszony jego uczuciami i emocjami, jakie wkłada w grę. Jest gitarowym mistrzem. Wówczas stało się dla mnie jasne. Że w naszej wspólnej grze muszę stworzyć kontrast. Nie miałoby żadnego sensu rywalizować z bluesowym stylem B.B Kinga. To byłoby śmieszne. Świadomie zwracałam uwagę na to, aby unikać prostego bluesa. Tak więc grałem to, co właściwie zwykle gram! (śmiech) B.B King był bardzo miły i prawił wiele komplementów odnośnie mojej gry na gitarze. To było poruszające.

MIKS: „Silver And Gold”, również z tego albumu, było rzekomo pierwszym utworem bluesowym, jaki napisałeś.

The Edge: Pierwszą wersję ten piosenki napisał nawet Bono, o ile sobie dobrze przypominam. A było to podczas jego pracy z Little Stevenem nad albumem skierowanym przeciw apartheidowi. Nosił on tytuł „Sun City”. „Silver And Gold” powstał z wierszy, które najlepiej sprawdzały się w połączeniu z bardzo prostą, bluesową melodią. Kiedy później nagrywałem z U2 tę piosenkę na stronę B singla, zamierzałem być ostrożny z realizacją tego pomysłu. Próbowałem znaleźć brzmienie, które byłoby trochę inne. Mimo to i tak powstał utwór bluesowy (śmiech).

MIKS: The Edge bez efektownych fragmentów wykonywanych na akustycznej gitarze, to ktoś, kogo trudno mi sobie wyobrazić.

The Edge: Kiedy koncertowaliśmy z „ZOO TV”, niekiedy ustawialiśmy małą scenę pośrodku publiczności. Graliśmy tam trzy, czy cztery piosenki wyłącznie dla efektów akustycznych. Potrafię to robić, wierz mi! (śmiech) Niektórzy ludzie, zwłaszcza ci, którzy widzieli na żywo te występy, twierdzili nawet, że to jest ulubiona część koncertu. Wtedy U2 był jeszcze wypoczęty, ostry i żywy. Jako gitarzysta widzę jednak ograniczone możliwości, jakie oferuje akustyczna gitara, mimo to lubię prostotę tego sprzętu. Moja forma wyrazu polega na odpowiednim obchodzeniu się z sygnałem gitarowym. Wszystkie inne sprawy są dla mnie zbyt nudne. A z moją ograniczoną techniką, po trzech, czterech piosenkach, bardzo chętnie wracam do elektrycznej gitary (śmiech).

MIKS: Zasadniczo nie jesteś wielkim fanem bluesa…

The Edge: Lubię bluesa i zawsze byłem fanem B.B. Kinga. Mam mnóstwo płyt takich wykonawców jak Muddy Waters, Elmore James oraz wszystkich starych bluesowych gitarzystów. Jednak ta muzyka nie inspirowała mnie aż tak bardzo jak jej charakterystyczny „spirit”. To jest ta myśl, która stoi ponad wszystkim.

MIKS: Wspomniałeś kiedyś również, że na twojej osobie duży wpływ wywarł Pete Townshend.

The Edge: Tak, on jest fascynujący! Przy tym jest znakomitym autorem tekstów piosenek. Jeśli chodzi o jego grę na gitarze to posiada on cudowną zdolność grania niewiarygodnie bezpośrednich akordów, a poprzez to umiejętność budowania w utworze intensywnej dynamik. Lubię jego styl.

MIKS: Jak postrzegasz dzisiaj scenę muzyczną? Czy są zespoły, które cię interesują?

The Edge: Wiele zespołów, które dzisiaj wysoko zachodzą, idą jedynie w kierunku muzyki, która jest na fali lub na taką się zapowiada. Ci ludzie nie mogą zrozumieć, że jest szansa stworzenia czegoś zupełnie nowego.
Zespoły hip-hop, wykonujące rodzaj muzyki dance oraz grupy techno zajęły nowe terytoria sceny muzycznej. I to mnie właśnie fascynuje. My wszyscy w U2 jesteśmy prawdziwymi fanami tych zespołów, które stworzyły coś nowego, innego niż Fugges, Chemical Brothers czy DJ Shadow. Chodzi mi o tych artystów, którzy nie męczą od lat tych samych brzmień, lecz usiłują odnaleźć jakiś nowy punkt widzenia.

THE EDGE – EKSPERYMENTY I MARZENIA

MIKS: Brian Eno, który również był waszym, producentem, od dłuższego czasu dba o współpracę z różnymi muzykami, z którymi łączą go poglądy na temat nowych muzycznych trendów. Czy jesteś członkiem jego „Dinner Club”?

The Edge: Nie. Jeszcze nie miałem przyjemności jeść z nim w takich okolicznościach. Nie tak dawno widziałem go w jego londyńskim studio. Opowiedział mi tam o kilku swoich nowych projektach, które są jak zwykle nietypowe i fascynujące. W tym czasie pracował nad nową koncepcją muzyki komputerowej. (Eno opracował samogenerujący program komputerowy COAN. Program ten – naładowany najpierw odpowiednimi brzmieniami – wyrzuca ciągle nową, ale nie reprodukowalną muzykę, do momentu, aż ktoś „wyciągnie wtyczkę”). To bardzo interesujący program, niebawem zostanie sprzedany i rozpowszechniony na dyskietkach rodzimego PC. Jednak trudno jest mi go sobie wyobrazić, zwłaszcza jeżeli chodzi o gitarowy rock. Niemniej jednak Brian znowu mnie zafascynował. On jest zawsze daleko do przodu, jeżeli chodzi o pomysły i wizje.

MIKS: Pytałem o to dlatego, ponieważ Eno opowiadał mi w wywiadzie o tym, że pracuje z Peterem Gabrielem i z Laurie Anderson nad koncepcją całkowicie nowej multimedialnej dyskoteki. Od razu skojarzyłem to z waszym singlem „Discotheque”.

The Edge: To brzmi bardzo interesująco! Może powinienem cię zapytać, o co chodzi w tej koncepcji. Zawsze, kiedy Brian z nami pracuje, ma bardzo niezwykłe i zwariowane pomysły. Poza tym wspaniale rozumie, jak wyznaczyć cel muzykom o różnych zdolnościach jak doprowadzić ich do najwyższego punktu kreatywnych możliwości. Z pewnością kiedyś znowu będziemy eksperymentować z Brianem.

MIKS: Dla mnie przykładem waszego zamiłowania do eksperymentów jest piosenka „40”, przy nagrywaniu której ty i Adam zamieniliście się instrumentami.

The Edge: Do tej piosenki napisałem aranżacje basowe i gitarowe. W studio wszystko poszło OK. Jednak, gdy przyszło zagrać piosenkę na żywo, Adam stanął przed wyborem, albo nauczyć się pasaży basowych, albo moich fragmentów gitarowych. Zdecydował się w końcu na gitarę. Przypuszczam, że było to dla niego o wiele bardziej interesujące, niż naśladowanie moich elementarnych pasaży basowych (śmiech). Wspaniałą rzeczą było to, że Adam poprzez swój styl gry na gitarze, nadał tej piosence całkiem nowy kierunek. Wprawił mnie w zdumienie swoim sposobem gry, dzięki któremu powstało kilka nowych brzmień.

MIKS: Kiedyś powiedziałeś, że atmosfera panująca w U2 jest tak kreatywna, że mógłbyś tworzyć jeszcze 20 lat…

The Edge Tak. Naszym celem jako zespołu jest wyszukiwanie rzeczy, które są nowe i świeże. Nigdy nie było w zespole zasadniczych dyskusji na ten temat. Panowały jedynie określone reguły pracy i przede wszystkim skupiliśmy się na tym, aby stworzyć odpowiedni materiał, który w efekcie końcowym odpowiedziałby filmowym migawkom. Ciągle jednak się rozwijamy. Nie moglibyśmy obecnie stworzyć już takich albumów jak „The Joshua Tree”, „Achtung Baby”, jeśli nie chcielibyśmy tego robić. To były płyty tamtych czasów. „Pop” również powstał w tym czasie i zawiera muzykę, którą teraz słuchamy, jak również to, co wydarzyło się w ostatnich dziewięciu miesiącach w studio.

MIKS: U2 osiągnęło prawie wszystko, co muzycy mogą osiągnąć. Czy macie jeszcze jakieś marzenia?

The Edge: Ciągle jeszcze próbujemy napisać perfekcyjny utwór. Dlatego jeszcze nagrywamy albumy (śmiech). Prawdopodobnie nigdy nie uda nam się tego osiągnąć, ale taka możliwość trzyma w napięciu. Być może pewnego dnia obudzisz się, pójdziesz do studia i to się stanie! To marzenie jest cudowne! Zawsze, kiedy słucham w radiu stare U2, myślę, że mogliśmy zrobić to jeszcze lepiej. Ciągle jeszcze mam takie marzenia.

MIKS: Gdyby The Edge nagrał album solowy, jakie byłoby jego brzmienie?

The Edge: Dobre pytanie. Lubię ścieżki dźwiękowe. Chętnie śpiewam i piszę niezwykłe piosenki, które nie mogłyby zaistnieć w repertuarze U2. Nie wiem jeszcze, jak by to było. Na pewno nie byłoby to w żadnym razie nic podobnego do tego, co do tej pory grał nasz zespół. To raczej byłoby przeciwieństwem wszystkiego, co dotychczas robiliśmy. Ważna byłaby również decyzja, czy mam śpiewać, czy raczej pisać instrumentalne utwory. Może udałoby się połączyć obie te umiejętności. Zobaczymy.

THE EDGE`S CHOICE

MIKS: Początkowo najczęściej oglądaliśmy cię grającego na Gibson Explorer, później byłeś właścicielem różnych stratocasterów. Jakiego sprzętu używasz dzisiaj, na czym, grałeś, nagrywając album „Pop”?

The Edge: Tym razem wykorzystałem oba modele Gretach-Chet-Atkins. Koniecznie chciałem grać na nich przy nagrywaniu albumu „PoP”, ponieważ mają świeże brzmienie. Kilka piosenek grałem również na jednej z moich Les Pauls. Długo nie używałem swoich explorerów i stratów. Jakoś nie czuję się do nich przekonany.
W życiu muzyka następują po sobie kolejne fazy, wynikające z obcowania z każdym instrumentem. Jednak zawsze, gdy grałem na mojej Gretsch, wytwarzało się coś zupełnie niepowtarzalnego. Ta gitara jest bardzo wrażliwa i czuła. Obojętnie czego od niej wymagasz, możesz na niej całkowicie polegać.

MIKS: Czy to oznacza, że mógłbyś całymi dniami zajmować się tylko jednym brzmieniem? Przecież z drugiej strony jesteś stworzony do szybkiej pracy. Czy mógłbyś to wyjaśnić?

The Edge: Cóż, wszystko, dosłownie wszystko, wydaje się mieć wpływ na brzmienie gitary. Nawet to, jak świeże są struny, jaki jest dopływ prądu, czy temperatura w studio. Wierz mi, że w wielu przypadkach miałem gotowy setup, ale już dwadzieścia minut później wydobywałem całkiem inne brzmienie. Dlatego staram się pracować bardzo szybko. Nie oznacza to jednak wcale, że muszę ten utwór jak najszybciej opracować. Nie jestem jednak kimś, kto godzinami ćwiczy swoje fragmenty. Najchętniej sam wypróbowuję w studio mnóstwo różnych wariantów i pozwalam na to, aby wszystkie kręciły się wokół danej piosenki. Moje zainteresowanie brzmieniem jest tak duże, że zawsze za pomocą eksperymentów staram się wykorzystać wszelkie możliwości, pozwalające mi na doskonalenie brzmienia. Wtedy to wszystko trwa trochę dłużej.

MIKS: Czy możesz dokładnie określić, jak uchwyciłeś to zniekształcone brzmienie w środkowej części „Discotheque”?

The Edge: O dziwo była to wina mojej Gretsch. Niedawno ją kupiłem ze względu na kilka atutów. Istnieje pewna firma o nazwie Love-Tone produkująca oryginalne efekty podłogowe.
To wydaje się bardzo komiczne, ale jest to dość oryginalny pomysł. Odnoszę wrażenie, że pracownicy tej firmy w ogóle nie wykazują żadnego zainteresowania obecnymi możliwościami technicznymi. Produkują oni małe, banalnie proste urządzenia, posiadające tylko jeden efekt. Trzeba jednak przyznać, że robią to naprawdę dobrze!
Przy albumie „PoP wypróbowałem jeden przester w postaci śmiesznej, małej puszki, która wydawała interesujące, oryginalne brzmienie. I to jest właśnie to, co bardzo cenię: wyjątkowość. Męczą mnie te wszystkie multiefekty. Na koniec otrzymujesz wprawdzie mnóstwo różnych brzmień, ale żaden pojedynczy nie jest tak naprawdę niezastąpiony. Zamiast pięciuset stereotypowych brzmień gitarowych, wolę jeden dźwięk, ale za to taki, który ma osobowość.

Jakich używasz wzmacniaczy?
The Edge: Jeżeli chodzi o wzmacniacze, używam tych samych, co dawniej. Najczęściej gram na starym VOX AC 30. Lubię go, ponieważ brzmi czysto i muzykalnie. Posiadam również szczególny wzmacniacz, który towarzyszy mi na prawie wszystkich płytach i koncertach. W 1979 r. kosztował około dwustu funtów, jednak jego cena szybko się zamortyzowała. Jeżeli chodzi o inne wzmacniacze, z których korzystamy, to poszukuję zawsze podobnych do VOX`a lub czegoś zupełnie przeciwnego. Kiedy natomiast chcę wydobyć jakieś brzydkie brzmienie, gram na tanich, małych wzmacniaczach tranzystorowych. Jest to niekiedy Mesa/Boogie-Top, który daje dosyć niepowtarzalne brzmienie, innym razem korzystam ze starych Fender Twins.
Na albumie „Zooropa” po raz pierwszy posłużyłem się wzmacniaczem Randall`a z lat 80-tych. Otrzymałem go od Def Lepparda, za pośrednictwem Joego Elliota. Pożyczył mi go, kiedy spotkaliśmy się w studio. Polubiłem to brzmienie, dlatego też zapytałem, czy nie sprzedałby mi tego sprzętu. Ponieważ miał „endorsement deal”, zadzwonił do Randall`a i otrzymał nowy wzmacniacz. W ten sposób stałem się właścicielem Randall`a, obitego imitacją skóry. Jest mi jednak obojętne, jak sprzęt wygląda, ważne jest tylko to, czy dobrze brzmi i jak długo. W każdym razie jest to prawdziwy wzmacniacz rockowy z lat 80-tych.

MIKS: Dlaczego właściwie nigdy nie podpisałeś „endorsement-deal”? Myślę, że miałeś kilka ofert…

The Edge: Miałem kilka ofert, ale obecnie firmy rzadko do mnie dzwonią. Sądzę, że już rozniosła się wieść jakim jestem trudnym partnerem do interesów (śmiech). Po prostu ja tego nie chcę. Jedyną rzeczą, w jaką mogę się zaangażować to reklama strun. Są rzeczywiście podczas koncertów bardzo potrzebne. Jeżeli jednego dnia muszą być zmienione struny w dziesięciu gitarach, to naprawdę jest to drogie. Dlatego też to jest wszystko, do czego dałbym się namówić.

THE EDGE`S MYSTERIES

MIKS: Wiadomo od dawna, że korzystasz z prawie wszystkich dostępnych na rynku delayów. Przejdźmy może do tajemnicy twoich ustawień…

The Edge: (śmiech) To długa historia. Wszystkie moje stare delaye były do siebie podobne. Żaden z nich, w przeciwieństwie do współczesnego sprzętu, nie miał możliwości odczytywania parametrów na display`u. Tak więc, po zdobyciu pewnego doświadczenia w przeciągu lat, przyzwyczaiłem się do tego, aby ustawiać je ze słuchu. (Słuch Edge`a jest w najwyższym stopniu wytrenowany i wrażliwy. Zespół ceni u niego tę zaletę.). Dzisiaj moje settings służyłyby tylko do tego, aby wielokrotnie je odczytywać. Jednak to mnie nie interesuje. Ale gdy dzisiaj ustawię na moim delayu pewną „rate”, natychmiast wychodzi z kontrolki Flood ze swoim kalkulatorem i oblicza – nie pytaj mnie jak – czas opóźnienia.
Ja mam uszy, Flood wiedzę i odpowiednie programy komputerowe, a wszystko po to, aby pozyskać odpowiednie tempo dla danej piosenki. Nie posiadam jednak jakiejś szczególnej recepty, czy generalnego ogólnego schematu, który mógłbym ci zdradzić. Jestem za bardzo zafascynowany różnymi echoefekteami. To echo może brzmieć bardzo naturalnie, ale również może być zastąpione czymś innym. Przede wszystkim można osiągnąć, bardzo interesujące nastroje. Uważam, że jest to dla mnie najbardziej przydatny sprzęt.

MIKS: Twój sposób gry jest bardzo zdyscyplinowany. Mogę sobie wyobrazić, jak wiele czasu spędzasz z Desem Broadway`Em, z waszym stage-sequence-controller, aby zagrać taki multimedialny spektakl jak „ZOO TV”.
The Edge: To prawda! Podczas naszej trasy z programem „ZOO TV” zastosowaliśmy kilka sequencerów, aby zrealizować fragmenty na perkusję i instrumenty klawiszowe. Oznaczało to oczywiście, że przy utworach mocno związani byliśmy tempem ich wykonania. Mnie jako gitarzystę bardziej, to bawiło, ponieważ kiedy nasza sekcja rytmiczna opanowała tempo, ja regularnie miałem trudności z czasem opóźnień.
Obecnie dopracowaliśmy wszystkie fragmenty do mojego delay-settings co do jednej setnej sekundy.
To dało bardzo pozytywny efekt. Z drugiej strony związało nas to z niezmienną strukturą utworu. W przypadku kilku piosenek, było to OK., jeżeli chodzi o inne, nie funkcjonowało to tak wspaniale, ponieważ nie mogliśmy już być tak spontaniczni i nie dało się improwizować. Długo pracowałem z Desem nad tym, aby, o ile to możliwe, zmniejszyć ten negatywny wpływ na piosenkę. W ten sposób przynajmniej na koniec jakiegoś kawałka uzyskiwaliśmy pewną swobodę, jeżeli chodzi o definitywne zakończenie. Było to bardzo korzystne, zwłaszcza w przypadku, kiedy Bono chciał zaśpiewać dłuższy refren, albo kiedy my chcieliśmy grać z publicznością.

MIKS: Czy nigdy nie zastanawiacie się, żeby zabrać ze sobą na trasę koncertową innych muzyków?

The Edge: Nieszczególnie podobał się nam ten pomysł. Mimo to, w związku z następnym turnee, chcieliśmy jeszcze raz to poważnie rozważyć. Powód jest jasny. Ponieważ na albumie „PoP” nagraliśmy relatywnie mało ścieżek „klawiszowych”, a za to więcej gitarowych, musimy to na nowo rozważyć występ na żywo.
Jeżeli chodzi o mnie, byłoby to dziwne, gdybym swoje partie gitarowe wprowadził do samplera. Nie umiem sobie pomóc, ale jakoś wzbraniam się przed tym. W przeszłości sprawdziło się to w przypadku moich fragmentów klawiszowych, ale nie w przypadku moich ścieżek gitarowych. Obecnie dużo się nad tym zastanawiam. Zdaję sobie sprawę, że inne zespoły ruszają w trasę koncertową ze swoimi studyjnymi muzykami, niekiedy zaś pracują z ludźmi ze swojego roadcrew. Nie wiem jeszcze jaka będzie nasza decyzja.

MIKS: Nie mogę sobie wyobrazić tego, kto mógłby pod względem swojego stylu, przynajmniej w przybliżeniu dopasować się do twojego sposobu gry. Może twój brat?

The Edge: Zgadza się, ale Dick ma dobra pracę! (śmiech) Jednak to prawda. Mój brat zaczynał w 1978 r. w pewnym zespole jako gitarzysta i dzisiaj również występuje jako gitarzysta.

MIKS: Kiedyś wypowiadałeś się na temat „Achtung Baby”: „Jeszcze nie nagraliśmy naszego najlepszego albumu”. Czy to oświadczenie jest nadal aktualne po wydaniu „Popu”?

The Edge: Wprawdzie nie nabrałem jeszcze wystarczającego dystansu do tego albumu, ale sądzę, że samym wydaniem „Popu” bardzo się do tego zbliżyliśmy. Jestem całkowicie usatysfakcjonowany tym w jaki sposób powstały te utwory, a zarazem bardzo dumny z wysiłku, jaki każdy z nas włożył w powstanie tego albumu. W każdym bądź razie, „Pop” jest notowany ui mnie bardzo wysoko, na równi z „The Joshua Tree” i „Achtung Baby”. „Pop” jest z pewnością jedną z naszych najważniejszych płyt, ponieważ poszliśmy tylko jedną nową drogą i wypróbowaliśmy tylko jedno nowe brzmienie. Podczas całego procesu powstawania tego albumu, wiele się nauczyliśmy. Howie B. i Flood wspaniale nas przy tym wspierali i za to jestem im niesamowicie wdzięczny.
Byłoby rzeczą prostą nagrać trak zwany „pewny” album, nie martwic się ,p o prostu wybrać łatwą drogę. Ale nie mogliśmy pójść na taką łatwiznę. Nasze hasło na przyszłość to „Blowing other peopel`s minds!”

MIKS : Dziękuję bardzo za rozmowę!

  • jedrzej (źródło: Czasopismo "Miks")

Dodaj komentarz Wymaga loginu/hasła u2forums.com. Nie masz konta? Zarejestruj się.

Komentarze (0) Strona 1

    Newsletter

    Dodaj Usuń 

    Artykuły

    więcej

    Najczęściej komentowane

    Dla mnie Jezus Chrystus nie jest związany z żadną religią. Dla mnie religia, to zasady wymyślone przez ludzi, które mają wypełnić opuszczone przez Boga miejsce - Bono