15:19 30 Gru '05

U2 - Pop

„Co za noc. Co za kraj. Co za bomba”. Tak skandował Bono w Paryżu w 1995 r., wyrażając swój stosunek do francuskiej polityki nuklearnej, podczas przyznawania muzycznych nagród MTV

U2 – Pop
STORY BY STEFAN WOLDACH

Obecny na tej wystawnej imprezie świat muzyczny wyrażał głośno swoje uznanie. Nikt nie słuchał mojej gadaniny. Kiedy w biurze zespołu U2 na Manhattanie po raz pierwszy usłyszałem nowy album tej irlandzkiej grupy, pomyślałem: „Co za piosenki! Co za produkcja! Co za brzmienie!”.

Przed odlotem do Nowego Yorku jeszcze szybkie spojrzenie do internetu na News-Webside U2. Powinien się tam znajdować podgląd na studio, w którym kwartet wykonał ostateczny mix albumu. Na tekturowym szyldzie widnieje kreślony dużymi literami napis: „Elvis hacked his way out of the building”. Na pierwszym planie widoczny jest opuszczony stół mikserski. Wrażenie jakie pozostawia ten internet-Peep-Show można streścić następująco: zespół jest gotowy, album nagrany, nic nie można tutaj więcej zobaczyć, ani usłyszeć.
Dzień dobry Ameryko! Tutaj na 28 piętrze w Island Records panuje nerwowy ruch, po tych z pozoru trudnych narodzinach nowego albumu U2. Jeszcze przed jego ukazaniem, pojawiła się niewiarygodna ilość przypuszczeń i spekulacji. Ukazały się prowadzone za rączkę, rzekomo pewne informacje z dobrze poinformowanych kręgów, dbających o wystarczającą reklamę najważniejszego wydarzenia muzycznego tegorocznej wiosny. Hasła przewodnie takie jak „Trip-Hop”, „Rock `n Roll”, i „Discotheque” kursują dzięki „cichej poczcie” po świecie mediów. W międzyczasie ukazał się nowy album, który może już mówić sam za siebie. U2 wrócił z powrotem. Co ważniejsze, bez wątpienia – lepszy, niż był do tej pory. W międzyczasie zespół bierze zupełnie zasłużony urlop, który spędza w Nowym Yorku. Podczas wieczoru przeznaczonego na wywiady muzycy odwiedzają galerię sztuki Toniego shafraziego, która mieści się w środku nowojorskiej dzielnicy Soho. tam wyznaczane są nowe trendy, a każdy chce być „hip”. Tam zadomowiła się scena i rządzi sztuka. Duże pieniądze na Wall Street mieszkają kilka bloków dalej. Shafrazi, znawca New Yorker Factory wystawia właśnie dzieła takich mistrzów jak Andy Warhol’a, Kenny Scharfa i Jean Michela Basquiata. Basquiata? Jasne, niedawno wyświetlano w kinach subtelny film Juliana Schnabela o tym młodym artyście, którego sztuka nie podlegała żadnym normom. Cudowna interakcja między filmem i muzyką – to ślad ducha czasu, perfekcyjna symbioza. A w tym wszystkim U2, tak znany przecież wszystkim z nowatorstwa zespół, jest uczestnikiem tego spotkania. Dlatego właśnie to miejsce wybraliśmy na rozmowę dotyczącą muzyki pop.

PROLOG 1

Miks: Gazeta ‘L.A. Times’ jeszcze pod koniec ubiegłego roku, oświadczyła, że nowy album U2 będzie nazywał się „Pop”. W internecie zdecydowanie odcięliście się od tej informacji. Obecnie wiadomo jednak, że album ten właśnie tak się nazywa. Czy ten sposób nie wodziliście trochę media za nos?

THE EDGE: Nie, w ogóle tego nie robiliśmy. Internet jest jednym z wielu plotkarskich mediów. Plotka znajduje się we wszystkich środków masowego przekazu, a nie jest to jedynie wytwór internetu. Wprawdzie częściej z niego korzystamy, ale nigdy, po to, aby przekazywać fałszywe informacje. Dotyczy to również fragmentów piosenek z nowego albumu, które pojawiły się w internecie. Mogło to wskazywać na nasze celowe działanie. Nie jest to jednak prawdą. Nie było to zaplanowane, a my nie mamy z tym nic wspólnego.
Miks: W waszej poczcie internetowej znajdowały się wypowiedzi fanów z całego świata na temat tytułu nowego albumu. Moimi ulubionymi tytułami były „Vorsprung durch Techno”, „Even Better Than The Spice Girls”, czy „Coming Soon”…

BONO: O, to wspaniale! Pierwotnie chcieliśmy zatytułować nasz album „Pop dla mężczyzn” – „Pop Pour Hommes”. Spowodowane to było tym, że album ten jest bardzo „twardy”. Takie jest nasze pojmowanie rock ‘n rolla... Jednak nie chcieliśmy nazwać tego muzyką rockową. Zresztą co dzisiaj właściwie oznacza rock? Tego chyba nikt nie wie. Obecnie stracił on wiele ze swojej żywiołowości i witalności. Tak więc, jak widać, przeszliśmy od rock’a do popu.

Miks: Data wydania albumu ustawicznie była zmieniona. Trwało to prawie cały rok. Dlaczego tak długo zwlekaliście z publikacją albumu „Pop”?

BONO: No, cóż, myśleliśmy, że możemy nagrać album w przeciągu sześciu miesięcy. Było to jednak trudne do zrealizowania. Przeliczyliśmy się ze swoimi siłami. W rzeczywistości trwało to dziesięć miesięcy, z czego osiem przeznaczyliśmy na próby, a dwa na nagrania. Kiedyś Brian Eno powiedział: „Japońscy kaligrafowie potrzebują całego roku, aby dobrze wymieszać swoje tusze, przy czym napisanie poszczególnych liter zajmuje im małą chwilę”. Podobnie było u nas. Szybko wykonaliśmy nasze rysunki, jednak przygotowania trwały bardzo długo.

Miks: Jakie są wasze oczekiwania odnośnie albumu „Pop”?

BONO: Album musi brzmieć naprawdę „świeżo”. W rock ‘n rollu zawsze powinien występować moment zaskoczenia. Był czas, kiedy ludzie po raz pierwszy usłyszeli Jimi Hendrix’a. Nigdy wcześniej nie słyszano podobnych brzmień, uczuć i efektów. My również chcieliśmy to osiągnąć. mieliśmy wrażenie, że w międzyczasie rock ‘n roll stał się za bardzo wykalkulowany, pusty i pewny. Dzisiaj ludzie wiedzą, jak brzmi wzmacniacz Marshall’a. Przez długi okres czasu nie było żadnych momentów zaskoczenia. Tak więc spróbowaliśmy zacząć całkiem od początku.

Miks: Wasz nowy album „Pop” najsilniej działa podczas pierwszego słuchania. Brzmi on nowocześnie. Mam uczucie, że tym albumem możecie stracić wielu starych fanów, z drugiej jednak strony pozyskać wielu nowych...

BONO: Dzięki płycie „Zooropa” pozyskaliśmy wielu młodych fanów. Są to ludzie znudzeni muzyką swoich rodziców i zwykłym rockiem gitarowym. Jednym słowem są to ci, którzy myślą przyszłościowo.

Miks: Do tej pory U2 miał zawsze swój indywidualny punkt widzenia. Opowiadał się za określonymi przesłankami. Czy sądzisz, że dzieci lat 90-tych zainteresują się waszym przesłaniem?

BONO: Czy to nie George Clinton powiedział: „Rusz swój tyłek, a głowa podąży za nim”? Istnieje wyzwolenie poprzez groove. Nie oznacza to, że masz sobie urwać głowę, tylko dlatego, że robisz muzykę pop, która jest sexy. Naturalnie zakładam, że ludzie, którzy kupują nasze płyty zaczynają coś więcej rozumieć. Jednak nie potrzebują nas, aby lepiej zagłębić się w swoje życie. My możemy im opowiedzieć, jak żyjemy, co myślimy i co czujemy. Przynajmniej w pewnym stopniu. Cały świat, zarówno nasz osobisty mikrokosmos, jak również makrokosmos są na tej płycie ważne. Nie mogę żyć ani bez tego pierwszego, ani tego drugiego. Mogę się rozkoszować sukcesem, ale jedynie wtedy, gdy poprzez to mogę robić coś pozytywnego.

ALBUM

Miks: Podczas jednego z wieczorów literackich w Anglii, który odbył się w ubiegłym roku, oznajmiłeś, że album będzie ognisty – czysty „Rock’n Roll”. Nie nazwałbym tych piosenek czystym rock’n rollem...

BONO: No cóż, to jest nasz punkt widzenia. Taki jest dzisiaj rock’n roll. To, co dzisiaj sprzedaje większość zespołów jako rock’n roll, w rzeczywistości jest muzyką folkową. Wszystko to w ogóle nie jest wymagające! Nie musisz zbyt głęboko sięgać myślami. Nie potrzebujesz wiedzieć, co robić, ponieważ pracujesz inaczej, według formuły. Dawny rock’n roll przeszedł bowiem na formułę. Taki zespół jak Nirvana wyjaśnił problem tego gatunku muzyki. To, co pojawiło się później, to tylko nudna, stara muzyka barowa.

Miks: Gdy po raz pierwszy słuchałem „Popu” miałem wrażenie, że to gigantyczne puzzle brzmień, składające się z wielu części...

BONO: Tak. Jeżeli chodzi o brzmienie, album jest dość skomplikowanym przedsięwzięciem, ale zasadniczo są na nim bardzo proste piosenki. Nie zdaliśmy się jedynie na określone aranżacje, czy na brzmienie dance, które już stosowaliśmy w przeszłości. Całkiem świadomie próbowaliśmy osiągnąć podobny efekt jak na „Zooropa”, ale z mniejszą ilością elementów. Mimo, że nowe piosenki w ostateczności wykazują mnóstwo najróżniejszych stylów, w międzyczasie dokonały kilka niezwykłych zwrotów. Nie wykazują żadnych klasycznych, konwencjonalnych struktur. Przecież w końcu miała to być muzyka, z którą fanów może natychmiast coś połączyć.

Miks: Na „Zooropa” graliście z pewną szarmancją, jak również z humorem i polityczną wymową dadaistów lat 20-tych. Jaka jest intencja albumu „PoP”, jeśli chodzi o teksty i ich treść?

BONO: Sądzę, że ta płyta nie ma żadnego kierunku, nie podąża za żadnym określonym nurtem, czy punktem widzenia. Dla mnie te piosenki brzmią jak przypadkowe rozmowy, podobne do historyjek, czy opowieści Jack’a Kerouac’a, w których autor próbował połączyć ze sobą rzeczy wartościowe i nie mające żadnego znaczenia. Człowiekowi również trudno jest przypisać jedną cechę charakteru. To było między innymi podstawą przedstawienia różnych typów w „ZOO TV”. (Bono alias The Fly lub MacPhisto).
Niestety, media często redukują mocno program, wyrzucając z niego wartościowe elementy. Dlatego wymyśliliśmy te różne charaktery. W ten sposób chcieliśmy pokazać, że można wcielać się w różne istoty. Można być muchą, która ze swoim rock’n rollowym zespołem chce rządzić światem lub smutnym śpiewakiem kabaretowym, który wykonuje stary utwór Elvisa. W naszym zespole jest tak wiele różnic, że nie można nas podciągnąć pod ten sam kolor.

Miks: Powiedziałeś kiedyś, że charakterystyczną cechą dla ludzi, którzy chcą coś zmieni, jest to, że najtrudniej jest im zacząć od siebie. Teraz U2 znowu się zmieniło. A jak zmienił się sam Bono?

Bono: To trudne pytanie. Uważam, że w późnych latach 90-tych, ludzie za bardzo skupili się na przypisywaniu winy za swoje niepowodzenia różnym systemom politycznym. wydaje mi się jednak, że jest to zbyt proste wytłumaczenie. Nasz zespół, uwzględniając moją osobę, dostrzega obłudę i potępia ją, zarówno w sercu, jak i w motywach twórczości. O tym wszystkim mówimy w piosence „Please”. Myślę, że przede wszystkim odwróciliśmy się od bycia „politycznymi”. Bardziej troszczymy się o naszą prywatną politykę; o to, jak kierujemy swoim życiem, jak z tym wszystkim sobie radzimy i jakie z tego wynikają zmiany. A małe zmiany są tak samo ważne, jak duże.

Miks: Jeżeli chodzi o U2, to do tej pory uważano, że wszyscy jedziecie tym samym samochodem. Macie ten sam cel. Tylko Bono i The Edge siedzą z przodu, za sterem. Tym razem słuchając albumu „Pop” odnosi się wrażenie, że ster przejęła wasza sekcja rytmiczna...

BONO: (śmiech) Tak, definitywnie przejęli ster. Myślę, że na tym albumie gwiazdą jest Adam.
To jest dziwne. Wiele ludzi często prawie nie dostrzega basu, czy perkusji. Może podoba im się groove, ale nie wsłuchują się, kto to gra. Nagraniem tej płyty próbowaliśmy położyć akcent na groove. Kciuk Adama pracował wspaniale! Myślę, że jest to album jego życia!

THE EDGE: To rzadkość mieć w zespole tak silne indywidualności. To przecież jasne, że Bono jako piosenkarz przyciąga dużą uwagę. Również ja jako gitarzysta wzbudzam spore zainteresowanie. Jednak ludzie, którzy trochę rozumieją muzykę, wiedzą, że mamy jedną z najlepszych sekcji rytmicznych, szczególnie, jeśli chodzi o osobowość.

Miks: Wobec dominującego udziału basu i perkusji, „Pop” brzmi o wiele bardziej „czarno”, niż wszystko, co zespół do tej pory nagrał...

BONO: Tak, ponieważ biała muzyka nie była na tyle rytmiczna i nie towarzyszyły jej charakterystyczne ruchy bioder. Chociaż ludzie Hip-Hop są zwariowani i zapamiętali, to ciągle jeszcze w tej muzyce ważne są biodra. Wierz lub nie, ale na „Rattle And Hum”, gdzie powróciliśmy do R&B, chodziło o to, aby nauczyć się rytmu, który w końcu jest seksem muzyki. Naturalnie nigdy nie chcieliśmy robić płyt, które można by było nazwać „lubieżnymi”. wielu rzeczy możemy nauczyć się od „czarnej” muzyki, chociaż sami takiej muzyki nie robimy. My jesteśmy bardzo biali. Jesteśmy różowi.

Miks: Kiedyś powiedziałeś, że muzyka musi szokować. Niekoniecznie musi być dobra, co zwykle jest podstawowym kryterium...

BONO: Muzyka musi być szokująca! Dzisiaj ludzie nie chodzą po to na koncerty, aby się tylko bawić. Oni chcą czegoś, czego nigdy jeszcze nie słyszeli. Spróbowaliśmy tego dokonać. Czy nam się udało, nie wiem.

Miks: Piosenki takie jak „Miami” czy „Please” mają niezwykłe brzmienie. Czy można użyć tutaj twojego powiedzenia: „Upodobanie jest wrogiem sztuki”?

BONO: Cóż, „Miami” jest to błache opowiadanie, czy pocztówka, jakaś historia o zabawie i przyjemności. Jednak pod względem muzycznym to całkiem inny film. Śpiewa tutaj Monkeys-Chor, to brzmi jak nowa wersja „Walk On The Wild Side”. Nie mogę powiedzieć, że piosenka jest tak wspaniała jak klasyk Lou Reeda.
„Please” jest dla mnie osobiście najbardziej interesującą piosenką. Ona ma w sobie coś, co czuje się pod skórą. Adam gra swoją partię jazzowo-basową w całkiem innej tonacji. Jest to tonacja, która różni się od tej, w jakiej wykonywana jest reszta utworu. Ona dosłownie wbija cię w tę piosenkę.

Miks: W swojej przedmowie do „Popu” oznajmiłeś, że nie poprzestaniecie jedynie na waszej tradycyjnej twórczości. To się wam udało zrealizować. Cytowane są również twoje wypowiedzi, że nagralibyście album, dzięki któremu nikt nie zapomni lat 90-tych. To brzmi bardzo pewnie i zarozumiale.

BONO: Z pewnością ktoś niezbyt dobrze mnie zrozumiał. W tym sensie nigdy się nie wypowiadałem. Nie dbamy o to czy ludzie zapomną lata 90-te, ale oczywiście zastanawialiśmy się, czy ludzie mogliby o nas w latach 80-tych zapomnieć. Pisząc utwór chcesz pozostawić po sobie jakiś ślad. Jasne, co się tyczy niewyparzonej gęby, to zwykle chodzi o moją osobę. Ale w rzeczywistości moje usta nie są wcale takie duże.

PRODUKCJA

Miks: Jaka myśl prześladowała cię podczas nagrywania w studio?

THE EDGE: Wszystko, co dotyczy tej płyty, musiało być proste, jasne i dokładne. Nie było miejsca na zawiłą strukturalną pracę, co mnie osobiście bawi, ponieważ chętnie pozostawiam moje fragmenty niedopracowane. Dlatego tym razem było to dla mnie wyzwanie, aby wreszcie powiedzieć „nie”. Chcieliśmy wprowadzić kilka prostych, przejrzystych pomysłów i dynamicznych aranżacji. Gdy coś nagrywaliśmy, musiało to być jasno określone i zdefiniowane w miksie. To miało brzmieć wyraźnie i głośno. Dlatego też uważam, że płytę tę łatwo można analizować. Kiedy słuchasz całego albumu, możesz mieć sprzeczne uczucia. Ale, jeśli dokładnie przeanalizujesz każdy utwór, zmienią się twoje wyobrażenia.
Flood (odpowiedzialny między innymi za genialne dzieło Smashing Pumpkins „Mellon Collie & The Infinite Sadness”) był naszym głównym producentem. Większość utworów to „Performance Mixes” Flooda, Howiego B. i Marka „Spik’a” Stenta, naszego technika. Kilka piosenek było zaledwie trzy lub cztery razy miksowane.

Miks: Wymieniłeś właśnie Bobiego B. z Mo-Wax-Label. Podobno przyniósł on do studia całą kolekcję płyt i prezentował wam krążki Quincy Jonesa, Wu-Tang Clan, jak również płyty Trip-Hopu, aż po rumuński folklor.

THE EDGE: To, co Howie B. wniósł do sesji nagraniowych, to przede wszystkim dużo zabawy! Niekiedy zachowujemy się w studio zbyt poważnie. Howie B. był naprawdę wspaniały, przebierając w coraz to nowych zwariowanych pomysłach. Podczas, gdy my próbowaliśmy jakąś piosenkę, on pracował z magnetofonami i nagrywał nam rytmy, których tempo i nastrój były sobie całkowicie przeciwstawne. Zdarzało się, że rezultat tej zabawy okazywał się straszny, innym razem inspirował nas do czegoś naprawdę interesującego. Howie B. to „agent provocateur”.

Miks: Oprócz niego pracowaliście z Nelee Hooperem (producent Soul II I Soul, Bjork, Massive Attack). Na czym polegała jego praca?

BONO: Nellee był z nami od początku i prezentował nam to, co w tym czasie ukazywało się na londyńskiej scenie muzycznej. Jednak nie było to nic z Brit Pop, lecz to, co miało związek z „dance floor”. Nellee był wspaniały.

Miks: Kiedy okazało się, że będziecie pracować z obu tymi producentami, wiele osób przypuszczało, że U2 wyprodukuje album Trip-Hop.

BONO: Nie byliśmy szczególnie zainteresowani Trip-Hopem. Z pewnością zdarza się mnóstwo wspaniałych eksperymentów. Weźmy choćby pod uwagę takiego artystę jak Tricky. Jednak chcieliśmy, aby nasza muzyka miała więcej witalności. Wiele z tego, co ludzie nazywają dzisiaj Trip-Hopem, według mnie bardziej nadaje się do usypiania! Myślę, że zgodzisz się ze mną. To bardziej syrena alarmowa, niż płyta! Nawet, jeśli mamy na albumie kilka momentów „ambient”, to generalnie podstawowym uczuciem jest napięcie.

Miks: Od studia Widmill-Lane w Dublinie, przez Hansa w Berlinie, Olympia w Londynie i Sun w Memphis – nagrywaliście we wszystkich dużych studiach na świecie. Jak ważna jest dla was atmosfera w studio i jaki ma ona wpływ na waszą kreatywność?

THE EDGE: Atmosfera ma dla nas olbrzymie znaczenie. Jednak nastawienie i przygotowanie techników jest o wiele ważniejsze od miejsca. Kiedy przychodzisz do studia, a załoga nie jest jeszcze gotowa, może powstać wiele problemów i punktów zapalnych. A to zawsze przynosi „bad vibes”. Do tej pory zawsze mieliśmy szczęście do pracy w studio, gdzie mogliśmy swobodnie przeprowadzać wiele prób. Czy chcieliśmy nagrać perkusję na korytarzu, czy ustawić wzmacniacze gitarowe na schodach – nasi studyjni współpracownicy zawsze nam pomagali. Co się zaś tyczy atmosfery, uważam, że możemy wszędzie nagrywać, ponieważ sami kreujemy własną atmosferę. Przynosimy do studia obrazy, świece i zawsze coś do tego. Jest mnóstwo możliwości, aby te nudne, sterylne laboratoria uczynić przytulnymi. To zależy od nas.

Miks: Z tego co wiem, w ubiegłym roku urządziliście w Dublinie własne studio. Czy możesz coś na ten temat powiedzieć?

THE EDGE: Studio nazywa się „Hanover Key”. Tam najczęsciej ćwiczymy. Szczerze mówiąc dużą część tego albumu nagraliśmy właśnie tam w studio. Tam również zrobiliśmy kilka rzeczy do albumu „Passengers Soundtrack One”. to nic dużego, nic specjalnego, oprócz mojej konsolety Neeve z 1976 r., która kiedyś została zrobiona na zlecenie studia nagrań EMI. Ten stół mikserski kupiłem przed dziesięcioma laty od EMI w Atenach. Kazałem przewieźć go w komplecie, ponieważ według mnie jest to najlepiej brzmiący sprzęt, jaki tylko można sobie wyobrazić.

cdn.

  • jedrzej (źródło: Stefan Woldach, Czasopismo "Miks")

Dodaj komentarz Wymaga loginu/hasła u2forums.com. Nie masz konta? Zarejestruj się.

Komentarze (0) Strona 1

    Newsletter

    Dodaj Usuń 

    Artykuły

    więcej

    Najczęściej komentowane

    W U2 wyjątkowa jest muzyka, nie muzycy. Muzyka, która jest na zmianę potężna i wzruszająca, współczesna, ponadczasowa, prowokująca do głębokich przemyśleń, od czasu do czasu absurdalna, a czasami zabawna - Bono