20:22 3 Wrz '05

The Joshua Tree - album skazany na sukces.

Zawsze obawiałem się zmierzenia z tym albumem. Przerastał mnie swą wrażliwością pod każdym względem. W końcu jednak trzeba było stanąć z nim twarzą w twarz. Okiełznać i zrozumieć fenomen „The Joshua Tree”...

Cofamy się do lat osiemdziesiątych... U2 wydają „The Unforgettable Fire” – wspaniały album. Mija zaledwie dwa i pół roku i na rynku ukazuje się „The Joshua Tree”. Kiedy zespół muzyczny wydaje naprawdę dobrą płytę to następna może utorować jedną z dwóch dróg. Albo będzie lepsza od poprzedniej i zespół potwierdzi swoją wartość, albo sprowadzi go prosto do muzycznego rynsztoka. Nie da się zaprzeczyć, że U2 dokonali wielkiej rzeczy. W wymienione wyżej dwa i pół roku nagrali jeden z najwspanialszych albumów w historii muzyki rozrywkowej. Jak to się stało? Moja „teoria spisku” w następnym akapicie:).
Przyjrzyjmy się czynnikom, jakie towarzyszyły U2 w okolicach wydania „Drzewa”.

Po Pierwsze: „Conspiracy Of Hope”: muzycy od dawna czuli się związani z Amnesty International. Organizacją walczącą z wszelkimi przejawami łamania praw człowieka na świecie. Wcześniej brali udział w wielu charytatywnych akcjach. Przypomnę między innymi wizytę Bono i Ali w 1985 roku w Etiopii gdzie oboje pomagali w obozie dla uchodźców. W czerwcu 1986 roku Amnesty zorganizowała serię koncertów pod hasłem „Conspiracy Of Hope”. Wybór głównej gwiazdy trasy nie był zbyt trudny. Porywający występ U2 na „Live Aid” nie pozostawiał wątpliwości, że to właśnie Chłopcy z Dublina powinni być główną gwiazdą. Wszyscy byli przekonani, że U2 podziałają jak magnes – a przecież właśnie o to w tej imprezie chodziło. Gdyby jednak miało się stać inaczej w zastępie artystów byli między innymi: Sting, Peter Gabriel, Lou Reed i Bryan Adams. Trasa koncertowa wiodła przez Amerykę Północną. Istotnym punktem, który spotkał Bono w czasie objazdu Stanów był koncert w San Francisco. Może nie tyle sam koncert co okoliczności poboczne. Bono wraz z Lou Reedem postanowili wybrać się do Dzielnicy Łacińskiej. Spotkali się tam z Rene Castro. Artystą z Chile, którego Amnesty International wyciągnęła z więzienia. W czasie rozmowy artysta zaprosił Bono do odwiedzenia Nikaragui i El Salvador...

Po Drugie: „Oddziały ostrzeliwały wioskę, a nad głowami latały nam myśliwce...”(Bono): Nawiązanie do poprzedniego punktu. Bono skorzystał z zaproszenia chilijskiego artysty. Jesienią 1986 roku odwiedził Nikaraguę i El Salvador. W miastach niby wszystko było w porządku, ale wystarczyło pojechać do pierwszej lepszej wioski by natknąć się na regularną wojnę. Niewątpliwie było to jedno z tych wydarzeń, które mogło wokalistę U2 pozbawić życia, ponieważ podczas jednej z podróży „za miasto” Bono znalazł się w samym środku walki. Właśnie to traumatyczne przeżycie spowodowało narastający w muzyku gniew. Gniew skierowany w stronę polityki Białego Domu, który najwyraźniej czerpał zyski z sytuacji w Ameryce Środkowej. To co Bono czuł, szybko przełożył na to co umiał robić najlepiej – na muzykę. A, że miał obok siebie The Edge`a – musiało z tego wyjść coś wielkiego. Zgodnie z prośbą Bono, gitarzysta „przepuścił El Salvador przez swój wzmacniacz”. Rezultaty możemy ocenić słuchając oczywiście „Bullet The Blue Sky”.

Po trzecie: „Mieliśmy do czynienia z dwoma zupełnie przeciwnymi kierunkami...”: Takimi oto słowami Edge określił w jednym z wywiadów pracę nad nowym albumem. Nie da się zaprzeczyć, że przebywanie w Stanach Zjednoczonych wywarło na muzykach nie małe wrażenie. Zaczęli nasiąkać bluesem, muzyką gospel. Z drugiej jednak strony ciągle mieli w głowach europejską nastrojowość. Początkowo dwa bieguny ukształtowały się między Edgem, a Bono. Ten drugi – znany ze swojej żywiołowości – chłonął bluesa. Bez wątpienia nowe odkrycia zapoczątkowało spotkanie ze Stonesami. Tymczasem Edge wolał raczej budować swoją gitarą nastrojowe klimaty. Można się o tym przekonać, słuchając jego solowego albumu „Captive”. Jednak co najzabawniejsze – pod koniec sesji nagraniowej panowie wymienili się poglądami. Edge`a pochłonęła Ameryka, a Bono proponował bardziej europejskie brzmienia. Równowaga świata została zachowana;).

Po czwarte: „Eno i Lanois na posterunku”: Przy produkcji nowego albumu zastosowano technikę, którą na potrzeby U2 wprowadzono już przy albumie „The Unforgettable Fire”. Muzycy pozwalali sobie na sporą improwizację, dzięki zastosowaniu taśmy o wydłużonej możliwości zapisu. Swobodnie mogli uzyskać efekt i żar, jaki budował się w nich w czasie koncertów. Nie musieli sobie zawracać głowy sprawami technicznymi.
Drugą sprawą była zasada Daniela Lanoisa, który głosi, że aby uzyskać jak najlepszy efekt sekcja rytmiczna musi stać jak najbliżej siebie. Bez wątpienia sekcja rytmiczna U2 w czasie sesji do „Joshuy” była niesamowicie natchniona. Adam i Larry stanęli na wysokości zadania.
Nie można również nie wspomnieć o zastępie świetnych technicznych, których U2 zgromadzili przez lata. Radzili sobie oni z wybrykami Bono na scenie ale również bez nich nie byłoby koncertu w Red Rocks czy też sesji nagraniowej w zamku Slane. W czasie trasy promującej „The Unforgettable Fire” do U2 Crew dołączył Greg Carroll. Bardzo zaprzyjaźnił się z Bono i został jego osobistym technicznym. Niestety w czasie pracy nad nowym albumem, zginął w wypadku samochodowym. To właśnie dla niego nagrano utwór „One Tree Hill” i jemu zadedykowano całą płytę. Tak naprawdę jednak dedykacja dotyczyła również całej reszty ludzi, którzy współpracowali z U2. Bliższych i dalszych współpracowników, ale również Rodzin, które musiały znosić wiele wyrzeczeń.

Myślę, że znalazło by się jeszcze kilka punktów ale na tych czterech poprzestanę. Oczywiście ważnym czynnikiem jest też wiek. Tych czterech chłopaków w momencie nagrywania płyty „The Joshua Tree” miało po 24, 25 lat. Ten fakt buduje jeszcze większe wrażenie. Byli młodzi, otwarci na wszystko co się wokół działo. Cholernie chcieli o tym wszystkim powiedzieć światu.
Zastanawiacie się pewnie, co miałem na myśli przedstawiając Wam powyższe czynniki. Już odpowiadam – moim zdaniem U2 byli skazani wtedy na wydanie jednej z najlepszych płyt. Wystarczy włożyć do odtwarzacza ten album. Przecież on aż pachnie tym wszystkim, co się wtedy wokół nich działo. Moim zdaniem wielu ludzi nie rozumie ważnej rzeczy. Ten album nie powstał w zamkniętym hermetycznie studiu, powstał na podstawie tych wszystkich wymienionych wyżej czynników. I to jest moim zdaniem podstawowa rzecz. Po raz kolejny przewija się wielki dar U2 – opisu w wyjątkowy sposób otaczającej nas wszystkich rzeczywistości. Nie działa to na zasadzie – „chłopaki, k..., dzisiaj nic nie wymyśliłem – nie mamy o czym zaśpiewać”.

Nie jest to recenzja, więc nie będę omawiał każdego utworu osobno. Z pewnością „The Joshua Tree” w pełni zasługuje na swoje miejsce w panteonie sławy. Inna sprawa, że zespół w pewnym sensie świadomie skazał się na sukces. Czym? Nie mówcie, że nie wiecie:)... Trzy pierwsze utwory na płycie. Połączenie „Where The Streets Have No Name”, „I Still Haven’t Found What I’m Looking For” i “With Or Without You”. Nie było lepszego sposobu by trafić na listy przebojów jak tylko nagrać numery, które chwycą słuchacza nie tylko za serce, ale i za uszy. Świadoma polityka, ale przy zachowaniu klasy. Bo w chwili, gdy kończy się „With Or Without You” zaczyna się prawdziwa batalia o ludzkie życie. Warto również wspomnieć, że przy okazji sesji „TJT”, nagrano tyle świetnego materiału, że zastanawiano się nad produkcją albumu dwupłytowego. Zrezygnowano z tego w obawie przed zbytnim natłokiem i „przedawkowaniem” U2 u fanów. To, co nie zmieściło się na album, z powodzeniem weszło na strony B singli oraz na... „Rattle And Hum”. O których kawałkach warto wspomnieć? „Spanish Eyes”, „Luminous Times (Hold On To Love)”, „Walk To The Water”, “Silver And Gold”, “Heartland”… Cała masa świetnego materiału, zespół miał z czego wybierać. Tym bardziej należą się gratulacje za ułożenie setlisty, która jest spójna. Utwory zawarte na płycie znakomicie ze sobą współgrają.

Fakt, że jeśli nie jesteś fanem U2, to znasz głównie te trzy pierwsze kawałki z „Drzewa Jozuego”, no może plus „One” i to co ostatnio leci w radiu lub w telewizji. A jeśli jesteś dziennikarzem muzycznym piszącym recenzje to przez całe życie czekasz na „The Joshua Tree Vol.2”. Tak wielu ludzi nie potrafi się uwolnić od tej płyty. Nie potrafią zrozumieć, że okoliczności towarzyszące albumowi „TJT” nigdy już się nie powtórzą. Nie da się stworzyć drugi raz czegoś, co już raz zostało stworzone. Bez wątpienia U2 weszło na pewien poziom, którego nie odpuszcza. Ostatnia płyta jest jedną z najlepszych. Nie da się jednak porównać jej z „Drzewem”. Moim zdaniem trudno jest porównywać do „TJT” którąkolwiek z płyt U2. Można by się pokusić o polemikę z „Rattle And Hum” ale to była przecież jakby kontynuacja amerykańskich pasji. Z pewnością na zawsze już dla jednych ten album pozostanie najlepszym, inni będą trzymali się nadal swojej wersji. Trzeba nad tym przejść do porządku dziennego. Jednak nie daje mi spokoju, kiedy w muzycznych gazetach czytam, że ten album to nie to, czego oczekiwali. Że najlepsze czasy dawno minęły. Prasa muzyczna powinna być neutralna, tymczasem zakaża kolejne rzesze ludzi, którzy być może sięgnęli by po nowe wydawnictwo, a może i po wcześniejsze. Tylko po co sięgać, skoro najlepiej kupić „The Best Of...” na bazarze i na śmierć zasłuchać się w trzech pierwszych utworach z tego albumu – bo w gazecie napisali, że to i tak najlepsze. Troszkę mnie poniosło... Ale myślę, że załapaliście przekaz. Z resztą, komu U2 pisane ten i tak zacznie słuchać.
Przyznam się szczerze – moim ulubionym albumem jest „The Unforgettable Fire”. Za eksperymentatorskie podejście do nagrywania i do samej muzyki. A może przede wszystkim za przyjęcie do „Żelaznej Załogi” Lanoisa i Eno? Z pewnością za wszystko po trochu. Podszedłem do tematu „The Joshua Tree” w sposób w pełni otwarty, wyzbyłem się kompleksów. Mam jednak propozycję dla tych, wszystkich, którzy nie znają dobrze całego albumu albo ciągle przerabiają bajkę pod tytułem „Oczekiwanie na część drugą”. Zanim ponownie włączycie album, proponuję poczytać trochę o tym, co się wtedy wokół U2 działo. Niby za muzyką powinna przemawiać sama muzyka, ale w tym przypadku to nie takie proste.

  • U2roopa (źródło: własne)

Dodaj komentarz Wymaga loginu/hasła u2forums.com. Nie masz konta? Zarejestruj się.

Komentarze (0) Strona 1

    Newsletter

    Dodaj Usuń 

    Artykuły

    więcej

    Najczęściej komentowane

    Po przyjeździe do Etiopii nie przeżyłem żadnego szoku kulturowego. Zupełnie inaczej było po powrocie tutaj. Zacząłem zadawać sobie podstawowoe pytania dotyczące życia w Pierwszym Świecie przeciwstawionym Trzeciemu. Ludzie, których zostawiłem - Bono