12:42 30 Sie '05

U2 - Ameryka, Ameryka

Relacja z koncertu trasy Popmart tour

A jednak przyjadą. Przynajmniej wszystko na to wskazuje. Zmienił się jeden z organizatorów. Zmieniło się miejsce. Tylko dzień pozostał ten sam. 12 sierpnia. Będzie piękny, letni wieczór. Tego dnia warszawski tor wyścigów konnych z pewnością zapełni się tysiącami, może setką tysięcy ludzi. To będzie prawdziwe święto dla każdego fana. W końcu taki dzień może się już nigdy nie powtórzy. Dzień spotkania z U2. Najważniejszym zespołem świata. No dobrze, niech będzie. Jednym z dwóch najważniejszych zespołów świata...

Zaczną pewnie od Mofo. No bo dlaczego mieliby zacząć inaczej. Tak samo było trzy miesiące temu w Las Vegas i w San Diego. Tak było miesiąc później w Nowym Jorku.
Ta "piosenka", z monotonnym, jakby biorącym się z nikąd transowym rytmem, to przecież świetny numer na wejście. Zwłaszcza w tedy, gdy czas oczekiwania na koncert umila taśma z produkcjami Howiego B - faceta, który ten rodzaj muzyki wyssał jakby z mlekiem matki. Tak na dziewięćdziesiąt procent Howie B zagra przed U2 na żywo w Warszawie. Tak na dziewięćdziesiąt procent, bo akurat w tym wypadku jeszcze wszystko może się zmienić...
Czy aby na pewno chcecie wiedzieć, co może się na takim koncercie wydarzyć? Czy aby na pewno chcecie znać minuta po minucie, piosenka po piosence ciąg kolejnych zdarzeń? Jeżeli nie, jeżeli wszystko, co zdarzy się dwunastego sierpnia w Warszawie ma być dla was niespodzianką to... nie czytajcie tego tekstu. Nie ma najmniejszego sensu. Aczkolwiek z drugiej strony wcale nie jest powiedziane, że każdy ich koncert ma być kropka w kropkę podobny do poprzedniego. Stany Zjednoczone i Europa to wciąż tak odmienne światy, że i scenariusz rockowego spektaklu powinien się czymś różnić. Ja mam przynajmniej taką nadzieję.

Poniedziałek, dwudziestego ósmego kwietnia tysiąc dzięwięćset dziewięćdziesiątego siódmego roku w San Diego, w Kalifornii niczym specjalnym się nie wyróżniał. Dość ciepło, lekki wietrzyk. Taka senna atmosfera. Bardziej tłoczno i gwarno było w Bazaar del Mundo - to taka meksykańska wioska z dawnych czasów w "pigułce" - i na połączonej niezwykłym mostem z kontynentem wyspie Coronado. Majestatyczna, przypominająca mi nieco sopocki Grand Hotel budowla. Pamiętacie film "Pół żartem pół serio" Billy'ego Wildera? To właśnie w tym hotelu go kręcono. Marylin Monroe, Tony Curtis, Jack Lemmon. I niech mi ktoś powie, że to nie były bajkowe czasy. A o koncercie U2 można się było jedynie dowiedzieć z plakatów w odległej o trzydzieści minut drogi... meksykańskiej Tijuanie. Dziwne? W takmi kraju jak Stany Zjednoczone po kilku dniach pobytu już nic nie wydaje się dziwne. Tylko z radia dowiedziałem się na przykład, że dwa, czy trzy dni później swój występ tu zapowiedział również Offspring. Tylko w radiu mogłem usłyszeć, że kilkadziesiąt minut przed U2 krótki koncert zagrają Zack de la Rocha i jego Rage Against The Machine.

A Jack Murphy Stadium tego dnia zapełniał się leniwie. Trzy, cztery godziny przed rozpoczęciem koncertu wyglądał jeszcze jak opuszczony wieki temu ogromny, poszarzały ze starości kamienny teatr. Wewnątrz wyglądało to inaczej. Trochę kolorów. Rzędy nie zniszczonych jeszcze krzesełek... Amerykanie wpadli na pomysł, aby nawet pod sceną były miejsca siedzące. Mam nadzieję, że w Warszawie do tego nie dojdzie. Wyobrażacie sobie słuchać U2 na siedząco? W San Diego tej wyobraźni najwyraźniej komuś zabrakło.

„Burn, burn, yes, ya gonna burn...” De la Rocha niemal charczał do mikrofonu. Nawet sekundy - jak zwykle - nie pozostając w bezruchu. Podobnie Tom Morello. Podobnie Tim Bob. Na niewiele się to zdało. Światło - dzienne. Nagłośnienie - na pół gwizdka. Publiczność - jakby pierwszy raz o nich słyszała. „Bombtrack”, „Bullet in the head”, „People of the sun”, nawet „Killing in the name” zabrzmiały tego dnia tak sobie. Blado. Bez jaja. Czterdziestokilkuminutowy set przeszedł zupełnie bez echa. Szkoda takiego zespołu na support. Nawet jeśli jest to tak ważny support.

Zaszło słońce, wiaterek wiał jak wiał, zrobiło się trochę chłodno. Jakiś facet z pierwszego rzędu trzymał w rękach rejestrację samochodową. Tablica była biała z napisem „California” na dole. Na codzień pewnie zdobiąca jakiegoś Forda albo Chevroleta. Ważniejszy był napis powyżej: „I’m U2 Nuber One Fan”. Pomyślałem sobie: „U nas byś sobie długo nie pojeździł”. Z taśmy leciał Howie Bono - zażartował jeden z fotoreporterów. Wiadomo było, że zaraz się zacznie. Niemal godzinna przerwa musiała kiedyś dobiec końca. Zgasły światła - wrzask. Muza Howiego B niepostrzeżenie przeszła w granie U2 - wrzask. Na olbrzymim ekranie widać zespół - wrzask. Bono zaczyna śpiewać - wrzask. A na scenie pusto...

Wyszli z tłumu. Pojawili się nagle zza pleców. W miejscu gdzie kończy się to długie ramię-odnoga wychodzące z olbrzymiej sceny i zataczające niby łuk w głębi falującego tłumu. Świetny, prosty pomysł. Pierwszy pojawił się Larry Mullen Jr w zwykłych spodniach i zwykłym T-Shircie. Zaraz za nim Adam Clayton w budowlanym kasku i masce antyspalinowej. Potem The Edge, w kowbojskim kapeluszu, z zabawnym wąsem, wyglądający niemal jak amerykański brat chińskiego Fu Manchu. Pojawił się i Bono. Ciemne okulary, czarna marynarka, a pod nią obcisła koszulka z... Zresztą zobaczcie sami.

Tak więc zaczęli od „Mofo”. A „Mofo” to przede wszystkim rytm. Porażający, wbijający w ziemię rytm. Z początku mało kto zwraca uwagę na słowa. „Matko wciąż jestem twoim synem” - śpiewa Bono. „Matko, zostawiłaś mnie i kogoś ze mnie zrobiłaś”. Mullen Jr. twierdzi, że to prawdopodobnie najbardziej osobista piosenka, jaką Bono kiedykolwiek napisał. „Naprawdę mnie zaszokowała - mówi - ponieważ nigdy nie słyszałem, by był tak otwarty”. Chwilę później grali już „I will follow”. To stare „I will follow”, z płyty „Boy” wydanej w 1980 roku. A to też w jakimś stopniu piosenka o matce. O Iris Hewson, która zmarła, gdy Bono - wówczas jeszcze Paul Hewson - był ledwie czternastoletnim chłopcem... To była pierwsza z niespodzianek. Naprawdę była...

„Jesteś plastrem miodu dla roju pszczół. Będę Cię - jak delikatny wietrzkl - muskał swym tknięciem. Daj mi jeszcze jedną, ostatnią już szansę. A popłyniemy razem w dół...” - śpiewał Bono zrzucając z siebie marynarkę. Zaczął prężyć się jak kulturyści na wybiegu. Uśmieszek na twarzy. Nieco przerysowane ruchy biodrami. „Jesteś czymś prawdziwym. Tak, ty naprawdę istniejesz. Jesteś wspaniała. Wspanialsza niż cokolwiek innego. Even Better Than The Real Thing”.Przed tą piosenką przywitali się. Było: „Cześć San Diego!” i inne, typowe przy takiej okazji słowa. Później Bono zapytał, czy czujemy się kochani. Mógł być wtedy tylko jeden utwór. „Do You Feel Loved”. I nawet nie było mi za żal, że muszę iść za scenę oddać do depozytu aparat. Gorzej, że to moje oddawanie strasznie długo trwało. Bono śpiewał „Pride (In The Name Of Love)”, a ja wciąż nie mogłemwrócić i patrzeć jak grają.

Nagle, tam gdzie stałem, podjechała limuzyna. Długa, czarna limuzyna. Otworzyły się drzwi, z jednej i z drugiej strony. Najpierw wysiadł Billy Corgan, wokalista Smashing Pumpkins z jakąś panią. Z drugiej strony wysiadła Courtney Love, wokalista Hole, również z jakąś panią. Na chwilę zapomniałem o U2. Corgan i Love stali obok mnie, na wyciągnięcie ręki... Wróciłem na koncert. W chwili, gdy naprawdę sporo się działo. „Wspinałem się na najwyższą górę. Biegłem przez łąki i pola. Tylko po to, by być z Tobą. Ale i tak, wciąż nie znalazłem tego, czego szukam... To w większym stopniu pieśń o niepewności niż wierze” - powiedział kiedyś o „I Still Haven’t Found What I’m Lookin For” Bono. W każdym razie tłum wypełniający szczelnie Jack Murphy Stadium wcale nie czuł się niepewnie. Wprost przeciwnie, świetnie - niczym największy chór muzyki gospel na świecie - wspierał wokalnie Bono. Dalej było tak, jak na ostatniej płycie. „Last Night On Earth” i „Gone” - niemal połączone ze sobą. Choć może „Gone” zagrali nieco wolniej, jakby cieplej i delikatniej. Następna w kolejce była „Until The End Of The World”, druga już i wcale nie ostatnia kompozycja z „Achtung Baby”. Co było potem? Potem była jedna z najpiękniejszych chwil tego coraz bardziej niezwykłego koncertu...

„Jesus never let me down you know. Jesus used to show me the score...”Bono zaczął śpiewać i robił to tylko przy delikatnych dźwiękach gitary. Zaczął właśnie od tego momentu, gdzieś tak od środka „If God Will Send His Angels”. Śpiewał bardzo cicho. Niemal szeptem. Zanucił pierwsze i drugie zdanie. Przerwał... „Coś mi się pochrzaniło” - rzekł. „Pieprzyć to” - dodał i zaczęli grać kolejną piosenkę. Ludzie chyba nie mieli mu tego za złe. Choć trochę szkoda, bo to przecież cudny utwór. „Dopiero się docieramy” - mówił Bono trzy dni wcześniej w Las Vegas. „Nie jesteśmy jeszcze do końca zgrani...” A tą następną piosenką było „Starring At The Sun”, wówczas dopiero zaczynająca zdobywać popularność. „Jakie to ładne” - myślałem wtedy - głos Bono i łkająca gitara The Edge’a. Wciąż tak myślę.

Miesiąc później, w trakcie nowojorskiego koncertu Bono zadedykował ten utwór pamięci kogoś, kogo naprawdę bardzo cenił. Pamięci Jeffa Buckley’a...

A potem, a potem na wielkim ekranie oprócz jakichś starych obrazków zaczęły pojawiać się napisy. Słowa napisane jeszcze w latach sześćdziesiątych przez Neila Diamonda do „Daydream Believer”. Jest taka zabawa, coraz bardziej znana i u nas. Karaoke. Puszcza się akompaniament, rzuca na ekran tekst i każe się komuś śpiewać. Tę piosenkę rozsławioną głównie przez The Monkees w San Diego śpiewał The Edge. Ale nie sam. Ze mną i kilkudzisięcioma tysiącami innych osób. Fajnie było. Po raz kolejny. Później U2 gra „Miami” płynnie połączone z „Bullet The Blue Sky”. Niezła dawka rockowego szaleństwa. Z hałaśliwą partią gitary. Z Bono trzymającym w ręku parasol w barwach Stanów Zjednoczonych. Z Bono śpiewającym fragment „America” z musicalu „West Side Story”. „Please” z „Pop” sprawia, że mocne bicie serca staje się jeszcze szybsze. Wyobraźcie sobie, jak zaczyna walić, gdy Fu Manchu, przepraszam, The Edge nie zważając na to, że trwa jeszcze poprzedni utwór, zaczyna grać wstęp do „Where The Streets Have No Name”.

Potem jest jeden wielki wrzask. To dlatego, że U2 nie ma na scenie. Trwa to cztery, może sześć minut. W którymś momencie nieruchoma dotąd, umieszczona z boku sceny kilkumetrowa... cytryna zaczyna swoją „podróż” w głąb tłumu. Na wielkim ekranie - do puszczonej z taśmy muzyki - widać postać tańczącej dziewczyny. Z cytryny, jak z pojazdu kosmicznego, wychodzą po schodkach Bono, The Edge, Clayton i Mullen Jr. <>„You can reach but you can’t grab it...”śpiewa ten pierwszy. Słychać już dobrze znane: rytm i melodię z „Discotheque”.

Znikła cała moja dotychczasowa niechęć do tego utworu. Wersja z San Diego trwała gdzieś tak z osiem minut. Porażała intensywnym pulsem, mocnym dźwiękiem i czym tam jeszcze chcecie. Znów fajniejsza niż inne chwila tego koncertu. A gdy jeszcze dodam, że z „Discotheque” wyłoniła się jak najbardziej naturalnie „With Or Without You”...

Na kolejne bisy nie chciał już czekać jeden naprawdę znany pan. Okazało się, że przez równo godzinę stał obok mnie. Zobaczyłem go, gdy jeden z jego ochroniarzy - ważący chyba z tonę Murzyn - prawie mnie nie stratował. Tym panem był Mick Jagger. Ale i tak mi pewnie nikt nie uwierzy...

„Hold Me, Thrill Me, Kiss Me, Kill Me”, a na ekranie fragmenty videoclipu. „Mysterious Ways” pojawił się przy „akompaniamencie” niezwykle silnych, jasnych świateł. I wreszcie utwór naprawdę piękny. „One”.

„Czy dzieje się lepiej? Czy czujesz to samo? Czy to w czymś Ci pomoże, że jest teraz ktoś, kogo możesz obarczyć winą?” Za każdym razem, kiedy słyszę te słowa, dzieje się coś - przynajmniej we mnie - dziwnego. To tak bardzo podniosła chwila. Tak coś innego. Tak nieskazitelnie czystego .”Jedna miłość. Jedna krew. Jedno życie. Należy robić to, co się powinno” - śpiewa Bono, a ludzie słuchają w milczeniu.

I to była już ostatnia piosenka. Już nie wracają na scenę. Jeszcze tylko widoczny na wielkim ekranie Luciano Pavarotti zaśpiewa „Nessum Dorma” i można wracać do domu. Można myśleć sobie - nikt przecież tego nie zabrania - że to jedno z fajniejszych muzycznych wydarzeń, w jakich się dotąd uczestniczyło. No tak - powie zaraz ktoś - przecież był to koncert najważniejszego zespołu świata. No dobrze, niech będzie. Jednego z dwóch najważniejszych zespołów świata...

  • jedrzej (źródło: Grzesiek Kszczotek, tylko rock (U2.propl.com))

Dodaj komentarz Wymaga loginu/hasła u2forums.com. Nie masz konta? Zarejestruj się.

Komentarze (0) Strona 1

    Newsletter

    Dodaj Usuń 

    Artykuły

    więcej

    Najczęściej komentowane

    Po przyjeździe do Etiopii nie przeżyłem żadnego szoku kulturowego. Zupełnie inaczej było po powrocie tutaj. Zacząłem zadawać sobie podstawowoe pytania dotyczące życia w Pierwszym Świecie przeciwstawionym Trzeciemu. Ludzie, których zostawiłem - Bono