12:39 30 Sie '05

U2 - Cztery Żywioły

W starożytnej Grecji uważano, że kosmos składa się z czterech substancji: Ziemi, powietrza, ognia i wody. Grupa U2 to jeden świat i cztery żywioły. Jedna pasja i czterech muzyków.

Bono, czyli ogień
Ognisty temperament Paula Hewsona dał o sobie znać bardzo wcześnie. Przez pierwsze dwa lata życia, zanim zaczął mówić, przyszły wokalista U2 od rana do wieczora darł się wniebogłosy. Z początku rodzice myśleli, że chłopak jest chory. Okazało się jednak, że ze zdrowiem Paula wszystko było w porządku i państwo Hewson musieli pogodzić się z tym, że ich syn to nieprzeciętne indywiduum... Gdy podrósł, niebezpiecznie było nastąpić mu na odcisk, a każdy, kto to zrobił, musiał liczyć się z żywiołową reakcją. Ojciec po jednej ze sprzeczek z Paulem znalazł pod drzwiami swego gabinetu podłożoną przez syna skórkę od banana. Namolna i niesympatyczna nauczycielka hiszpańskiego została obrzucona zza parkowych krzaków psią kupą. Starszy brat Paula, Norman, który protestował przeciwko hałaśliwym i długim nasiadówkom jego kolegów w rodzinnym domu Hewsonów, o mało nie dostał nożem w głowę. A podczas zajęć szkolnych zdarzyło się przyszłemu członkowi U2 ze wściekłością przewrócić ławkę podczas lekcji...

Nie lepiej było i potem. Kariera Bono w U2 obfituje w przykłady jego powodowanych niecierpliwością i emocjami zachowań. Z czasów początków grupy datuje się na przykład następujący incydent. Kiedy czwórka miała otwierać koncert The Stranglers, Bono zrobił Dusicielom awanturę o to, że zajęli wszystkie garderoby i on wraz z kolegami musiał przebierać się na korytarzu. Potem, po - chłodno, niestety, przyjętym występie U2 Paul z rzeczonych przebieralni dwie butelki wina. Kiedy zespół zaczął zdobywać popularność i pojawiły się inne stresogenne bodźce, takie jak na przykład ogromna ilość fanów na widowni, Paulowi również zdarzało się tracić kontrolę nad nerwami. Podczas jednego z koncertów wściekł się na Larry'ego, który nagle przestał grać - zaczął kopać jego perkusję, a potem gonić jego samego po scenie. Zespół uratowały dwie okoliczności: obecność Edge'a, który interweniował w sporze między kolegami oraz reakcja publiczności. Fani myśleli mianowicie, że to, co oglądają, jest zaplanowanym elementem występu i zamiast pomruku konsternacji muzycy usłyszeli aplauz...

Gwałtowny temperament Hewsona ujawniał się również tam, gdzie potrzebne były raczej zdolności dyplomatyczne niż porywczość. Jego stosunki z managerem Paulem McGuinnessem były pierwotnie bardzo napięte - wokalista oceniał działania impresaria jako nieudolne i nie przynoszące grupie pożądanych rezultatów, także finansowych. Podczas współpracy U2 z Brianem Eno notorycznie dochodziło do sporów między Bono a nim, które łagodził tym razem Adam Clayton. Paul często także wściekał się na ekipę odpowiedzialną za oprawę koncertów U2. Doszło w końcu do tego, że został odsunięty od bezpośrednich kontaktów z pomocnikami zespołu.

Ale Bono nie był wrogo nastawiony do rzeczywistości. Wręcz przeciwnie. Doskonale wyczuwał ludzkie emocje i chciał wychodzić im naprzeciw. Lubił otaczać się ludźmi i w czasach szkolnych wraz z przyjaciółmi utworzył nieformalną grupę The Village. Czar, który roztaczał, przyciągał do niego dziewczyny. Był serdeczny dla ludzi, o czym świadczy następująca historia. Pewnego razu pożyczył od ojca pieniądze na przejazd do Cork na ślub kolegi. Resztę, która mu została, postawił na wyścigach konnych, a wygrane 140 funtów dał młodej parze w prezencie, ku późniejszej zgryzocie pożyczkodawcy.

Kiedy Bono dowiedział się, że Larry Mullen szuka chętnych do zespołu rockowego, bez wahania zgłosił swój akces. Jego wczesne muzyczne zainteresowania określała kolekcja płyt brata, która zawierała między innymi nagrania Jimiego Hendrixa i The Who. Larry'emu Bono powiedział, że umie grać na gitarze, co było gróbą przesadą, nie potrafił bowiem wówczas jeszcze ani grać, ani śpiewać. Kariera wykonawców punkrockowych pozwalała mu jednak wierzyć, że aby zostać muzykiem wystarczy być sobą i mieć charyzmę. Nie pomylił się, gdyż w dużej mierze to właśnie bezpretensjonalność i charyzma przysporzyły mu później popularności.

Podczas koncertów płomień we wnętrzu Paula zawsze mocno się rozpalał, rozświetlając także dusze słuchaczy. Bono zawsze lubił kontakty z publicznością, zależało mu na interakcji między zespołem i fanami. Podziwiając umiejętności estradowe Iggy'ego Popa, starał się nawiązywać kontakt wzrokowy z widownią, wychodzić jej naprzeciw, zagadywać. Mówił o początkach grupy, o marzeniach własnych i kolegów, siadał między fanami, zachęcał publiczność do klaskania i aktywnego uczestnictwa w koncercie. Nie poddawał się, nawet jeśli widownia była bardzo niemrawa. Na przykład w Nowym Yorku uciszył grających kolegów po to, by wykrzyknąć do ospałej publiczności, w tym do przedstawicieli wytwórni płytowych: Jesteśmy tutaj! Podnieście swoje tłuste tyłki i tańczcie! Często wyciągał z pierwszych rzędów dziewczyny na scenę. W dniu koncertu przygotowywał się do swojej roli medium pomiędzy U2 a fanami cały dzień. Sprawdzał jakość dźwięku na widowni. Kiedy przychodziła godzina kontaktu z publicznością, otwierał się cały na tę interakcję. Był szczęśliwy, jeśli spotkał się z ciepłym przyjęciem. Zdarzało się jednak, że jego otwartość była niedoceniana, że odrzucano go. Coś takiego zdarzyło się na przykład podczas koncertu z Howth. Bono spróbował nawiązać kontakt z dziewczyną tańczącą przy scenie, usłyszał jednak od jej chłopaka: Spadaj, dupku, kim myślisz, że jesteś, Davidem Bowie? Podobna przykrość spotkała wokalistę na Queen University w Belfaście, gdzie publiczność kazała mu "przestać wygłaszać kazania i zacząć grać".

Gdy bywał przyjmowany dobrze dobrze, koncerty były dla słuchaczy niezapomnianym przeżyciem. Bono zawsze dbał o to w jeszcze inny, charakterystyczny dla siebie sposób, czasem niebezpieczny dla jego zdrowia, a nawet życia. Wspinał się mianowicie na balkony i zmontowane dla potrzeb koncertu rusztowania. Lęk wysokości, który prześladował go poza sceną, na estradzie znikał jak ręką odjął. Pewnego razu podczas takich wyczynów sznur od mikrofonu niebezpiecznie zaplątał się wokół szyi wokalisty. Kiedy indziej, w San Bernardino, Paul chodził po rozpiętym wysoko sklepieniu, które nagle zaczęło pękać pod jego ciężarem. W Los Angeles skoczył z wysokości w widownię, by sprzeciwić się bójce, która wywiązała się między fanami. Z trudem przedarł się potem przez tłum, rozdzierający na nim ubranie. Co gorsza, kilka osób idący za jego przykładem również zaczęło skakać na kłębiącą się w dole publiczność. Wobec takich incydentów trudno się dziwić, że ekipa towarzysząca U2 błagała Bono, by nieco poskromił swój nieokiełzany temperament sceniczny. Ale Paul był nieprzewidywalny.

Niespokojny charakter Bono od początku dawał o sobie znać także w jego tekstach. Zawsze znaczących, pragnących zakomunikować coś ważnego słuchaczom, poruszyć ich. Bono opowiadał o swych wewnętrzych konfliktach, o sprawach istotnych dla siebie i swojego pokolenia. O dorastaniu, o zagubieniu we współczesnym, pełnym przemocy świecie. A także o problemach wiary i religii, tak skomplikowanych w jego rodzinnej Irlandii. Paul mógł o nich wiele powiedzieć - już w dzieciństwie zetknął się z nimi bezpośrednio, gdyż jego ojciec był katolikiem, a matka protestantką. Potem jako nastolatek uczestniczył w grupach spotkaniowych, na których rozmawiało się o Biblii. Będąc już członkiem U2 chodził natomiast na zebrania wspólnoty chrześcijańskiej o nazwie Shalom, do uczestnictwa w których namówił również Edge'a i Larry'ego. To dzięki zaangażowaniu Paula w prawdy głoszone przez Ewangelię powstały teksty z płyty October, takie jak Gloria, gdzie Bono śpiewał: Panie, gdybym miał cokolwiek, oddałbym tobie, czy Tomorrow, w którego końcówce słyszymy słowa: Otwórz się na Baranka Bożego. Tematyka religijna także później nie przestała być dla Bono ważna, choć zmieniał się kontest jej podejmowania. W utworze Wake up dead man z płyty Pop śpiewał na przykład: Jezu, pomóż mi/ (...) opowiedz mi tę historię o wieczności i jak to ze wszystkim będzie/ (...) Jezu, (...) czy pracujesz nad czymś nowym/ czy jest jakiś porządek w tym chaosie... Niespokojny duch Bono nadal szuka i pyta. Ogień wciąż płonie.

Egde, czyli ziemia
Już stara fotografia, do której kilkuletni Dave Evans pozował wraz z bratem, mówi wiele o przyszłym gitarzyście U2. Edge to chłopiec z poważną miną, przenikliwie wpatrujący się w oko obiektywu. Ciekawy świata, ale zachowujący postawę chłodnego obserwatora. Tak inny od brata Dicka, roześmianego dzieciaka o ciepłym spojrzeniu, późniejszego muzyka grupy The Virgin Prunes. Przezwisko "Edge", które wymyślił dla niego Bono, opisuje nie tylko kształt jego głowy, ale przede wszystkim charakter. Dave to "człowiek na krawędzi", zawsze czujny, zdystansowany, cicho mówiący, trochę nieśmiały i wycofany. Uzdolniony intelektualnie. Ale przede wszystkim muzycznie.Swój odziedziczony po rodzicach - muzykach talent Dave rozwijał od najmłodszych lat, ucząc się gry na gitarze i na pianinie. Zdobycie pozycji gitarzysty w zespole, który później zdobędzie sławę jako U2, przyszło mu bardzo łatwo. Edge po prostu umiał grać, a jego dwuminutowa solówka w kompozycji Blister On The Moon Rory'ego Gallaghera i Taste rzuciła kolegów na kolana. Grupa Gallaghera należała zresztą, obok The Beatles i Yes, do ulubionych wykonawców młodego muzyka. Jako członek U2 Edge wypracował zupełnie nowe brzmienie gitary. To on, zafascynowany dźwiękowymi poszukiwaniami, był partnerem muzycznego wizjonera Briana Eno podczas realizacji takich płyt U2, jak Unforgettable Fire i The Joshua Tree.

Nie będzie przesadą powiedzieć, że Dave Evans jest niczym ziemia, na której stoi rozbudowany od lat gmach zwany U2. To jego pełne inwencji partie gitarowe leżą u podstaw stylu muzycznego grupy. Podczas pracy nad nową kompozycją Edge i Bono potrafią wykreować swoisty klimat, porozumienie bez słów, dzięki któremu rodzi się ostatecznie utwór. Tak było na przykład podczas powstawania kompozycji tytułowej z płyty Unforgettable Fire, o czym sam Edge opowiada: Liczyło się pierwsze 20 minut u Bono w domu... To był ten nastrój, w który zawsze wchodziliśmy, niekoniecznie akordy czy melodia...

Nie będziemy mieć jednak pełnego obrazu Edge'a, jeśli postrzegać go będziemy tylko jako zawsze stojącego z boku, zdystansowanego sceptyka. Dave bowiem poddał się religijnej pasji i podobnie jak Bono i Larry dołączył do Shalom. Swój akces do tej grupy nowonawróconych, żarliwych chrześcijan zgłosił za przykładem swej dziewczyny, a potem żony, Aislinn O'Sullivan. W dzieciństwie niechętny zinstytucjonalizowanym formom religijności, czy to katolickiej, czy protestanckiej, Edge jako młody mężczyzna bardzo przejął się przesłaniem Biblii i proponowanymi przez nią wartościami. Nowotestamentowe nawoływania do wyrzeczenia się ego i odwrócenia się od świata materialnego na korzyść spraw duchowych przysporzyły młodemu muzykowiwielu wewnętrznych rozterek. Edge zastanawiał się mianowicie, czy jego muzyczna kariera i związana z nią sława nie przeczą wartością, w których prawdziwość tak głęboko wierzył. Była nawet chwila, w której gotów był odłożyć gitarę - zapowiedział już nawet odejście od zespołu. Na szczęście zaniechał tego zamiaru, doszedłszy do wniosku, że prawdę Ewangelii należy realizować w życiu, a nie poza nim, i zaczął pisać nowy utwór. To wtedy właśnie powstała jedna z najważniejszych i najbardziej poruszających, także dzięki tekstowi Bono, kompozycji U2 - Sunday Bloody Sunday. I tak oto umiejętność materializowania porywów ducha znowu zwyciężyła...

Larry Mullen, czyli powietrze
Słyszałem, że grasz na basie. Mam bębny i zakładam zespół - czy byłbyś zainteresowany? - tymi słowami zaczepił Adama Claytona w Mount Temple młodszy od niego o rok blondyn z włosami do ramion. Owym blondynem był Larry Mullen, który wcześniej powiesił w szkole ogłoszenie, poszukując chętnych do wspólnego grania. Nikt jednak się nie zgłosił. Przyszli koledzy z U2 albo myśleli, że chodzi o jakieś szkolne przedsięwzięcie, albo po prostu kartki Mullena nie zauważyli. Teraz jednak Larry'emu udało się złapac wiatr w żagle i doprowadzić do realizacji swojego pomysłu. O założeniu zespołu Larry marzył już od dawna. Na swój sposób był bardzo doświadczonym muzykiem - od dzieciństwa uczył się przecież gry na bębnach i to u słynnego w całej Irlandii Joe Bonniego. Potem, jako członek orkiestry pocztowej, często brał udział w koncertach, na przykład z okazji dublińskich obchodów Dnia Świętego Patryka. Ale Larry'emu nie uśmiechało się granie tego, co narzucali mu inni - na lekcjach muzyki zamiast wykonywać polecenia nauczycieli wolał eksperymentować na własną rękę. Bardzo chciał znaleźć swój styl i grać to , co lubi. Szukał wzorów w telewizyjnym programie Top Of The Pops: oglądał to, co na szklanym ekranie robili perkusiści z zespołów takich jak Sweet, Glitter Band, Slade i Roxy Music, a potem próbował swoich sił, bębniąc w pokoju. Kiedy stał się właścicielem własnego zestawu perkusyjnego, wydawał każdy grosz na jego rozbudowę.

Początkowo współpraca z Bono, Edge'em i Adamem nie nastrajała Larry'ego optymistycznie. Koledzy byli zachwyceni samą możliwością grania na żywo, tymczasem on, muzyk o wiele doświadczony, zdawał sobie sprawę z tego, jak długa przed nimi droga. Szukając życiowej stabilizacji zaczął nawet pracować jako posłaniec w firmie naftowej. Niemniej w miarę upływu czasu wszystko zaczęło iść w dobrym kierunku. Grupa zdobywała popularność, a Larry wypracował własny sposób gry na perkusji. Jako członek zespołu stanowił jednak zagadkę dla dziennikarzy pisujących o U2. nie zabiegał o kreowanie swojego wizerunku w prasie i, poza specjalistycznym magazynem dla perkusistów, nie lubił dawać wywiadów (w przeciwieństwie na przykład do Bono, który potrafi przegadać z dziennikarzami całą noc). Od dziecka był człowiekiem żyjącym we własnej, wewnętrznej przestrzeni. Rozmowy o niczym i sztuczne podkręcanie atmosfery denerwowały go już w czasach szkolnych. Tak więc również na przyjęciach, gdzie pojawiał się wraz z zespołem, męczył się niezobowiązującymi pogawędkami, czego często, ku zakłopotaniu Bono, nie starał się nawet ukrywać.

Larry nigdy nie lubił zamieszania wokół własnej osoby, a jedyną formą promocji, jaką uznawał, był udział w sesjach zdjęciowych U2. Nie krył swojej dezaprobaty dla tak popularnego w muzycznym światku kreowania artystów na idoli. Zwykł zresztą zżymać się na kolegów, gdy podejrzewał, że grozi im przerost wysokiego mniemania o własnej wartości. Sam nie uważał się za obiekt westchnień nastolatek i chciał pozostać po prostu sobą. W związku z tym nie próbował wykorzystywać swojej popularności na przykład do uwodzenia kręcących się przed koncertem wokół zespołu dziewcząt. Traktował je po prostu jak fanki U2, które przyszły posłuchać muzyki. Zresztą i pozostała trójka nie podrywała wielbicielek, takiego samego podejścia oczekując od współpracowników i pomocników. W dużej mierze u podstaw takiego podejścia leżała wspomniana już żarliwa religijnojść. Dla Larry'ego spotkanie z Biblią, którą wcześniej się nie interesował, było dużym przeżyciem. Zerwał jednak z Shalom, szukając własnej drogi do Boga. Dla ciekawskich pozostaje zagadką: wszechobecny w zespole U2 jak powietrze i równie jak powietrze niuchwytny.

Adam Clayton, czyli woda
Adam Clayton od zawsze był buntownikiem, ale buntownikiem specyficznym. Łagodny, spokojny i cierpliwy, wykazuje podziwu godną nieustępliwość wobec wyzwań i przeciwności. Nie na darmo taoistyczna mądrość: nie ma słabszej i łagodniejszej rzeczy na świecie niż woda, ale również bardziej wytrwałej w pokonywaniu tego, co twarde jak skała... Szkoły, do których uczęszczał Adam przekonały się, co to oznacza. Same zresztą były sobie winne, na przykład podstawówka Castle Park, w której królowała regularna ?fala , czyli znęcanie się starszych roczników nad młodszymi , nie wolno było słuchać muzyki, a za nieposłuszeństwo można było dostać po głowie. Adam stawiał bierny opór, na przykład na wuefie podczas gier zespołowych przemieszczał się po boisku i zamiast grać siadał na pozycjach, które miał zajmować jako zawodnik. Koszmar lat szkolnych nie zabił w nim jednak entuzjazmu i życiowego optymizmu, a zewnętrzne ograniczenia i reguły nie zrodziły w nim agresji.
Zamiast tego nie zależnie od okoliczności Adam robił swoje. Był ?pokojowym buntownikiem - grzeczny, ale zawsze z boku, niczym woda, która napotyka na swojej drodze przeszkody, ale jej istota pozostaje nienaruszona. W college'u nosił na terenie szkoły hippisowskie ciuchy i okulary słoneczne, przez co znali go wszyscy nauczyciele i ucznowie. W przypadku tych drugich chodziło oczywiście o złą sławę. Gdy pewnego razu zwrócono mu uwagę, odpowiedział, że potrzebuje ciemnych okularów, by chronić oczy. Otwarcie mówił, że szkolne reguły dotyczące stroju są głupie i nie ma zamiaru się do nich stosować. Podczas lekcji pił kawę z bidonu i przepraszająco twierdził, że nie rozumie nic z materiału, który miał opanować. Nauką nie był zresztą zainteresowany, włóczył się natomiast po barach i palił papierosy. Nic dziwnego, że został usunięty z college'u St. Columba's, dzięki czemu znalazł się w Mount Temple razem z późniejszymi członkami U2. Z tej szkoły jednak również go wyproszono. Najbardziej bowiem lubił czytać książki Alistera Macleana i słuchać muzyki - Cream, Grateful Dead i Crosby, Stills, Nash And Young.

Jeszcze w St. Columba za obietnicę poprawy w nauce dostał od matki gitarę basową, a w Mount Temple powszechnie już uchodził za muzyka rockowego. W pierwszych dniach istnienia U2 braki techniczne nadrabiał pasją i zaangażowaniem, i jako pierwszy z czwórki kolegów stał się pełnoetatowym muzykiem. Było to możliwe dzięki temu, że zrezygnowani rodzice odpuścili w końcu synowi obowiązek chodzenia do szkoły. Clayton miał więc dużo wolnego czasu i zaczął pełnić obowiązki menagera U2, załatwiając zespołowi, który nazywał się jeszcze wówczas The Hype, pierwsze występy.

Clayton wziął na siebie ciężar zwrócenia czyjejś uwagi na siebie i kolegów. Było to zadanie wymagające ogromnej wiary i oddania, i nie przynoszące na pierwszy rzut oka widocznych rezultatów. Adam był niczym domokrążca, pukający do wszystkich drzwi w nadziei, że za którymś razem uda się zainteresować kogoś tym, co proponuje. Sporządził mianowicie długą listę osób, związanych z rockowym biznesem, i cierpliwie, po kolei starał się nawiązywać z nimi kontakt. Wydzwaniał do nich, przedstawiając się jako basista i prosząc o rady dotyczące strategii wypromowania zespołu. Od Phila Lynotta usłyszał na przykład: nagrać demo, przesłać je do wytwórni i znaleźć menagera, ale każda, nawet najprostsza wskazówka się liczyła. Innym sposobem Adama na zaistnienie z zbiorowej świadomości było rozdawanie swoich wizytówek jak największej ilości osób, także konduktorom w autobusie, którzy przyłapywali go na jeździe bez biletu. Clayton był niczym woda, która kroplami drąży skałę, w rezultacie długiego i powolengo, ale brzemiennego w skutki działania. Na przykład telefon Adama do wokalisty The Radiators Steve'a Rapida zaowocował zmianą nazwy z The Hupe na U2. To Adam nawiązał znajomość z Billem Grahamem, dzięki któremu chłopcy znaleźli wreszcie swojego menagera , Paula McGuinnessa. To Clayton przejął na siebie ciężar pierwszej rozmowy z McGuinnessem i miał z nim dobry kontakt, kiedy działania menagera nie przynosiły z początku rezultatów. Clayton nie denerwował się, nie wściekał, w przeciwieństwie do kolegów z zespołu pragnących szybkich oznak tego, że idą w dobrym kierunku. Pozwalał sprawom toczyć się w swoim tempie i nie starał się przyspieszać biegu rzeki. Wiedział, że i tak przecież kiedyś dotrze ona do swego celu... Tak więc podczas, gdy stosunki U2 z McGuinnessem były mocno napięte, Clayton regularnie umawiał się z menagerem na kawę i luźne pogawędki. Obaj panowie świetnie się rozumieli, i w przyjaznej atmosferze rozmawiali o wszystkim, także o przyszłości zespołu. Życiowa postawa Adama i tu świetnie się sprawdziła: współpraca z McGuinnessem pomogła przecież w końcu grupie przebić się na muzycznym rynku.

Także we współpracy z kolegami z U2 Clayton przejawiał od początku cenne umiejętności. Niczym spokojna tafla, w której odbijają się oblicza pochylających się nad nią twarzy, potrafił wytworzyć przyzwalającą atmosferę, zachęcając kolegów do realizacji ich muzycznych pomysłów. Podczas pracy w studiu do wszystkich propozycji, rzucanych w trakcie tworzenia nowej kompozycji, podchodził z zainteresowaniem. Gotów wypróbować każdy pomysł, zawsze zaciekawiony, nigdy zazdrosny czy krytyczny. Uważny słuchacz. Umiejętność uważnego słuchania i patrzenia przydawała się zresztą często i poza studiem, przy współpracy z pomocnikami zespołu, przy ocenie pracy producentów, mediów czy wytwórni płytowych.

Jego solidarne i poważne podejście do pracy w zespole nie oznaczało jednak, że Adam przestał płynąć swoim własnym nurtem. Wręcz przeciwnie. Wiódł życie zupełnie różne od reszty grupy. Na tle pozostałej trójki wyróżniał się brakiem entuzjazmu wobec gorliwego chrześcijaństwa Bono, Edge'a i Larry'ego. Nie traktował religii tak poważnie jak koledzy, choć miał do nie szacunek. Zresztą poważnie nie traktował także własnej popularności i zachował do niej zdrowy dystans. Ów dystans Adama do rzeczywistości przejawiał się również w umiłowaniu do dobrej zabawy. Razem z Paulem McGuinnessem uwielbiał włóczyć się po knajpach, nawiązywać tam znajomości i podrywać dziewczyny. Sypiał do południa i z całej czwórki prowadził się w sposób najbliższy powszechnym wyobrażeniom o życiu i rozrywkach muzyka rockowego. Po zaangażowaniu się kolegów w spotkania wspólnoty Shalom czuł się w ich towarzystwie trochę osamotniony. Bywało tak, że dzień Bono, Edge'a i Larry'ego zaczynał się i kończył tak: pobudka o szóstej rano, godzinna modlitwa, a wieczorem czytanie Biblii i wspólne śpiewy. Podczas trasy koncertowej całej trójce również towarzyszyła Biblia. Nic dziwnego, że Clayton obawiał się, iż U2 stanie się zespołem chrześcijańskim i że on sam przestanie do całej sytuacji pasować. Koledzy nie pomagali Adamowi rozwiać tych obaw, okazując swoją dezaprobatę dla trybu życia, jaki prowadził. Przynosiło to skutki odwrotne od zamierzonych: Clayton czuł się odsuwany i tym chętniej w czasie przeznaczonym przez resztę zespołu na spotkania z Bogiem oddawał się swoim rozrywkom. Na szczęście jednak to, co łączyło muzyków, okazało się silniejsze niż dzielące ich różnice. I dobrze, bo U2 bez Claytona byłoby jak ryba bez wody.

  • jedrzej

Dodaj komentarz Wymaga loginu/hasła u2forums.com. Nie masz konta? Zarejestruj się.

Komentarze (0) Strona 1

    Newsletter

    Dodaj Usuń 

    Artykuły

    więcej

    Najczęściej komentowane

    W U2 wyjątkowa jest muzyka, nie muzycy. Muzyka, która jest na zmianę potężna i wzruszająca, współczesna, ponadczasowa, prowokująca do głębokich przemyśleń, od czasu do czasu absurdalna, a czasami zabawna - Bono