12:36 30 Sie '05

Z głębi serca

W ciągu ostatnich dziesięciu lat U2 wyrobili sobie markę największej koncertowej atrakcji świata.

Zasłużenie. Spektakle ZOO TV i PopMart oszałamiały sceniczną oprawą i nie była to gigantomania, na zasadzie: "nadmuchajmy wielką świnię, niech lata". Chodziło o rozruszanie szarych komórek: pierwsza trasa żonglowała możliwościami telewizji, druga drwiła z powszechnej konsumpcji... Elevation Tour 2001 to zupełnie co innego. Oczywiście jest na co popatrzeć, ale na pierwszy plan wysunęła się muzyka.

O tym, że zespół wraca do źródeł, słychać było już w zapowiedziach dotyczących nowego materiału. Gdy album All That You Can''t Leave Behind ujrzał światło dzienne, pogłoski potwierdziły się. Dzieło okazało się jednym z ich najlepszych dokonań (mimo grymasów osobników żałujących, że grupa nie poszła w kierunku minimal techno) - logicznym krokiem wydawała się więc odpowiednia oprawa zbliżającej się trasy. Można było tylko zadawać pytanie, jak to zrobią. Może wezmą szturmem dachy, jak w Where The Streets Have No Name? Czy też będą grać po pięćdziesiąt klubowych koncertów w jednym mieście? A może pozostaną na stadionach, rezygnując z rozdętej scenografii?

Odpowiedź przyszła 24 marca, na Florydzie. Objazd świata tradycyjnie postanowili zacząć w miejscu, gdzie tubylcy nie znają słowa "śnieg", a temperatura na początku wiosny sięga trzydziestu stopni. Zamiast minus pięciu. Czołem Miami - zagaił Bono. Byliśmy tu przedtem. Tu powstała spora część "Pop". Nagralibyśmy więcej, gdyby na plaży nie było tak fajnie... Święte słowa. Następnie w planach są 33 amerykańskie miasta, do Europy grupa przeskakuje już z nadejściem lata. Start 6 lipca w Kopenhadze, w rozpisce jest też Berlin. Warto się wybrać, bo naszego pięknego kraju na trasie zabrakło. Od kilkudziesięciu lat nie ma tu odpowiedniej sali, zdolnej pomieścić takie widowisko.

Stadiony wykluczone. To pierwsza refleksja przy parkowaniu obok zadaszonego obiektu w Fort Lauderdale, kilkadziesiąt kilometrów na północ od Miami. Redukcja widowni ze stu tysięcy do dwudziestu jest krokiem dość radykalnym, lecz wciąż nie gwarantuje wzrokowego kontaktu z co piękniejszymi fankami. Okazało się, że kontakt zapewnia sprytna konstrukcja sceny. U2 zainspirowało się chyba odrobinę Metallicą i Rolling Stones. Ci pierwsi stosują zamkniętą strefę dla wybranych widzów (w tym przypadku kilkuset szczęśliwców losowanych przy wejściu). Nadano jej kształt serca, takiego jak w logo All That you Can''t Leave Behind. Zamykające tę przestrzeń niewysokie ogrodzenie jest zarazem wybiegiem sięgającym w głąb widowni - to patent Stonesów. Muzycy U2 chętnie korzystali z wybiegu, wyłączając rzecz jasna kolegę Mullena Juniora, któremu trzeba by chyba doprawić do garów kółka.

Taka konstrukcja to pomysł Bono, zrealizowany przez Williego Williamsa - scenografa od dwudziestu lat przygotowującego oprawę koncertów U2. Wokalista obawiał się grania w salach z miejscami siędzącymi: twierdzi, że w pierwszych, najdroższych rzędach zawsze zasiadają faceci z Wall Street. Wybieg wyeliminował krzesełka z płyty, przesuwając sztywniaków na trybuny. Które, swoją drogą, otaczały scenę ze wszystkich stron. Skoncentrujemy się na muzyce - opowiadał o Elevation Tour 2001 The Edge. Nie ma tu wielkiej idei. Chociaż zastosujemy kilka patentów, których nauczyliśmy się w ciągu ostatnich dziesięciu lat, myślę, że chodzi o muzykę.

Zaczęli tak, jak zacząć wypadało: od Elevation, mojego osobistego faworyta z nowej płyty. Zapalone światła na widowni, zero dekoracji w tle... Czyli co, jednak korzenie? Nieee. Przy kolejnym utworze, Beautiful Day, ruszyły reflektory, a pod sufitem pojawiły się cztery ekrany (z każdej strony sali), pokazujące czarno - białe zdjęcia z kamer śledzących muzyków. Dalej był Until The End Of The World, podczas którego Bono postanowił po raz pierwszy skorzystać z wybiegu. Najpierw sprawnie i elegancko ucałował w dłoń dziewczynę z widowni, ale mało brakowało, by po chwili nastapił End Of The Show... Cofając się w szczytowym punkcie serca, wokalista nie zauważył zakrętu i runął z wysokości wybiegu plecami w tłum. Wyglądało to naprawdę groźnie: gdy wyciągnęli go ochraniarze, dłuższą chwilę leżał na plecach, jakby nie mógł wstać. Na szczęście wszystko wróciło do normy, New Year''s Day wykonał w towarzystwie Edge''a, który dołączył do niego z gitarą. Bono to jednak niezmordowany facet. Mimo wypadku szalał w pełnym skórzanym rynsztunku przez następne dwie godziny, w pewnym momencie robiąc nawet kilka (wyglądających dość absurdalnie) okrążeń sprintem całości wybiegu... A przecież czterdziecha na karku.

Jak repertuar, warto zapytać. Czy zignorowali płyty z elektroniką? Nie do końca. Chwilę po opisywanych wydarzeniach nastapił set z Popu: Gone oraz Discotheque przechodzący w Staring At The Sun. Achtung Baby reprezentowały cztery utwory, z Zooropy nie było nic. Czyli siedem piosenek na dwadzieścia dwie zagrane tego wieczoru. Znakomicie sprawdzały się za to nowości, na przykład New york, który zagrali jako kolejny. Serce osłoniły półprzezroczyste zasłony, odpowiednie ustawienie reflektorów spowodowało pojawienie się na nich wielkich sylwetek muzyków. Proste, a robi wrażenie.

Zapowiedź zagrania "naszego pierwszego singla" oznaczała jeszcze dalszą podróż w czasie. I Will Follow, a potem Sunday Bloody Sunday z wplecionymi fragmentami Get Up Stand Up Boba Marleya... Przy Sweetest Thing przekonaliśmy się, że Bono nieźle radzi sobie jako pianista (często też sięgał po gitarę, czasami potrząsał przeszkadzajkami). W najdłuższej tego dnia przemowie wyjaśnił, że przekazał małżonce tantiemy za ten numer, co poważnie zasiliło jego działalność charytatywną. Potem znowu nowość, In The Little While, następnie Ground Beneath Her Feet, wykonany tylko z towarzyszeniem gitary akustycznej Edge''a. Bad i Where The Streets Have No Name poprzedziły Mysterious Ways, przy którym zaczęła się najbarwniejsza część widowiska. Już wcześniej za plecami Mullena Juniora wysunęło się kilka ekranów, tworzących ścianę na której coś pobłyskiwało. Teraz ujrzeliśmy tam sylwetkę tańczącej dziewczyny, a poszczególne kolumny zaczęły się przemieszczać w górę i w dół, niezależnie od siebie. Bono położył się zresztą na jednej z nich, pozwalając wynieść się kilkanaście metrów wzwyż. Po chwili zaskoczył jeszcze bardziej. W The Fly skorzystał z wybiegu i... rzucił się w tłum na środku sali!!!! Eskortowany przez ochroniarzy, zniknął w którymś z wyjść dla publiczności.

Zwiastowało to nadejście bisów. Najpierw Bullet The Blue Sky, w którym wokalista bawił się przenośnym reflektorem, to świecąc na publiczność, to podświetlając sobie demonicznie twarz. Jako drugi wybrzmiał With Or Without You, w którym całą salę pokryły wirujące wzory (chemiczne zdaję się), wyświetlane z rzutnika. Opuścili scenę. Kolejne dwa numery, One i Walk On, oznaczały definitywny koniec widowiska. Perfekcyjnego pod względem muzycznym i wcale nie tak oszczędnego wizualnie.

Nowe U2 na żywo to wielkie przeżycie, znacznie mocniejsze niż na Służewcu. Tym większe dla przybysza z kraju białych niedźwiedzi, poruszonego dodatkowo fenomenalną reakcją amerykańskiej publiczności (przy konsolecie widziałem kiwającego się Lenny''ego Kravitza, który grał tego samego dnia w Miami, podobno byli jeszcze Elvis Costello i ktoś z Pearl Jam). W Stanach nikt nie ośmieliłby się zająknąć o upadku rocka: dwa dni później U2 dawało kolejny, wyprzedany koncert w tej samej dwudziestotysięcznej sali, za miesiąc miał być czadowy festiwal z Offspring na czele, w radiu Papa Roach i Taproot, zamiast klonów tej samej stacji wałkującej gówniany pop... Niniejszym proszę o azyl.

  • jedrzej (źródło: Bartek Koziczyński, Tylko Rock, maj 2001)

Dodaj komentarz Wymaga loginu/hasła u2forums.com. Nie masz konta? Zarejestruj się.

Komentarze (0) Strona 1

    Newsletter

    Dodaj Usuń 

    Artykuły

    więcej

    Najczęściej komentowane

    Po przyjeździe do Etiopii nie przeżyłem żadnego szoku kulturowego. Zupełnie inaczej było po powrocie tutaj. Zacząłem zadawać sobie podstawowoe pytania dotyczące życia w Pierwszym Świecie przeciwstawionym Trzeciemu. Ludzie, których zostawiłem - Bono