7 września ukaże się nowe DVD U2 zawierające zapis show z trasy PopMart...
"Popmart - Live From Mexico City" to zapis koncertu, który odbył się w Foro Sol Autodromo w Mexico City, 3 grudnia 1997 roku. Całość wyreżyserował David Millet. Materiał ten był wcześniej dostępny jedynie w formacie VHS. Teraz PopMart, z licznymi niespodziankami i niepublikowanymi materiałami, ukaże się w formacie DVD.
W książeczce dołączonej do płyty będzie można przeczytać następujący tekst:
"W pochwale PopMartu
Jest taki dobrze udokumentowany, psychologiczny stan zwany 'syndromem majestatycznego łabędzia'. Osobnik nań cierpiący unosi się na wodzie niewzruszony i pewny siebie. Pod wodą zaś przebiera w panice płetwami, rozpaczliwie próbując utrzymać się na powierzchni.
Tak właśnie - pomimo statusu jednej z najlepszych kapel rockowych, czuli się muzycy U2 25 kwietnia 1997r. Dopiero co skończyli nagrywanie świetnego i odważnego zarazem albumu Pop oraz przygotowania do najeżonej onieśmielającymi technologicznymi sztuczkami 9-miesięcznej trasy koncertowej.
A wszystko to, żeby przyćmić trasę Zoo TV z 1992-93, najbardziej do tej pory spektakularne widowisko rockowe. Wydawać by się mogło, że pod względem produkcji scenicznej, wspieranej przez samego Willie'go Williamsa, już więcej osiągnąć się nie da.
Ekran o wymiarach 52 na 17 metrów i rozdzielczości 150 tysięcy pikseli plujący technikolorem, znajdziemy tu i Andy'ego Warhola, i Roy'a Lichtensteina i gigantyczną tancerkę brzucha. Trzydziestometrowa koktajlowa wykałaczka z nadzianą na nią olbrzymich rozmiarów oliwką. Piętnastometrowa cytryna i dyskotekowa kula w jednym. A nad tym wszystkim złota parabola z rzucającym się w oczy wózkiem na zakupy. Pop wyśmiewał globalną kulturę konsumpcyjną, jednocześnie się nad nią zastanawiając. Kolory, atmosfera i euforyczny blask pasowały do dźwiękowej architektury albumu, do jego nowatorskiej eksploracji kultury muzyki dance, funk, disco i house, i zdawało się, że jest to odpowiedź na dręczące muzyków pytanie: jak U2 może po raz kolejny zaistnieć na tak olbrzymią skalę na stadionach, bez jednoczesnego zbyt poważnego podejścia do samych siebie. Bono komentował entuzjastycznie: >>Chcemy zaskoczyć nie tylko innych, ale przede wszystkim samych siebie<<.
Tak też się stało, ale czy historyczny przekaz U2 - ten płynący z głębi serca, uczciwy, poważny - zdołał się przedrzeć przez krzykliwą strukturę PopMartu? No i jakie to wszystko miało szanse powodzenia? Ale powróćmy do 25 kwietnia 1997r., stadion Sam Boyd w Las Vegas.
>>Dokładnie pamiętam, jak się wtedy czułem<< - opowiada flegmatyczny zazwyczaj Adam Clayton. >>Otwierałem koncert utworem Mofo, strasznie się bałem. Byłem zlany potem. Czułem się tak, jakby ciało odmawiało mi posłuszeństwa... Cały pierwszy tydzień był taki, każda noc.<<
Pod powierzchnią wody młóciły płetwy. U2 działało bez żadnego zabezpieczenia, a pomimo tego w recenzjach nawet dzisiaj (Spin, Rolling Stone, LA Times) - poza odnotowaniem kilku potknięć w Staring At The Sun - znajdujemy ten sam co zwykle podziw. Muzycy U2 podjęli ryzyko i trafili w dziesiątkę, po nierównym początku szybko nauczyli się czerpać radość z nowego projektu. Zanim 3 grudnia 1997 r. dotarli na scenę Foro Sol Autodromo w Meksyku, na występ uwieczniony na niniejszym DVD, zdołali już objechać całą Europę i Amerykę Północną. Najważniejszy być może był koncert w zniszczonym przez wojnę Sarajewie, którym muzycy udowodnili, że wszelkie niuanse ironii i pop kultury zawarte w najnowszym albumie nie tylko nie zniszczyły, ale wręcz wzbogaciły to co U2 robi najlepiej.
Momentami koncert zarejestrowany w Meksyku dosłownie zapiera dech w piersiach. Pojawiają się muzycy, eskortowani niczym bokserzy przez śmiertelnie wystraszoną ochronę (dzień wcześniej odnotowano problemy z polityczną dynastią). Rozbrzmiewa elektryzujący, oszalały remiks Pop Muzik. Jak zwykle bezpośredni Bono krzyczy "Muchos huevos" i łapie się za krocze. Wyśmienite modyfikacje znanych piosenek - pocięta, lekka wersja Even Better Than The Real Thing; Happy Mondays wmiksowany w Hold Me, Thrill Me, Kiss Me, Kill Me. Kunsztowna solowa interpretacja Sunday Bloody Sunday w wykonaniu Edge'a, pozbawiona dwuznacznej agresywnej męskości. Rewelacyjne Where The Streets Have No Name. Tłum zaczyna śpiewać refren Pride (In The Name Of Love) i oczy Bono wilgotnieją.
No i oczywiście chwila, którą pamięta każdy, kto dostąpił szczęścia zobaczenia U2 pomiędzy kwietniem '97 a marcem '98 - mieniąca się cytryna, z której niczym z kosmicznej kapsuły wyłania się kwartet, aby zagrać na bis piosenkę Discotheque. Cytryna, The Lemon, będąca ukłonem w stronę Spinal Tap, lekkim żartem i szokującym coup de théâtre w jednym, weszła do historii rocka tak jak Stonehenge Black Sabbath czy nadmuchiwany penis Stonesów. A jeśli zastanawialiście się gdzie cytryna znajduje się teraz, Edge uchyla rąbka tajemnicy...
>>Sprawą cytryny zajmuje się nasz menedżer<< - mówi. >>Próbował nawet sprzedać cytrynę do Hard Rock Hotel w Las Vegas. Pasowałaby idealnie. Jako pojazd ma swoje ograniczenia, do pracy i z powrotem pewnie by się nie sprawdziła. Ale byłaby wspaniałym barem koktajlowym<<.
Godny koniec ikony o odurzających mocach".
Nie możemy naprawić całego zła, ale możemy znaleźć ludzi, którzy pomogą nam tego dokonać
- Bono